Wyobraźmy sobie polskie wybory samorządowe. Wyborca otrzymuje karty, na których wskazuje prezydenta miasta, radnych miejskich, radnych powiatu i sejmiku województwa. Dużo? Z perspektywy amerykańskiego wyborcy niekoniecznie.
W Stanach Zjednoczonych na karcie wyborczej, zależnie od miejsca zamieszkania, można znaleźć kandydatów na gubernatora, burmistrza, członków lokalnych władz, a także sędziów czy inne stanowiska publiczne. Do tego dochodzą referenda i inicjatywy obywatelskie, w których mieszkańcy bezpośrednio rozstrzygają konkretne kwestie prawne.
Amerykańska demokracja nie kończy się więc na wyborze prezydenta i Kongresu. Schodzi znacznie niżej. I właśnie tam zaczyna się jedna z największych różnic pomiędzy amerykańskim a europejskim rozumieniem państwa.
Państwo, które miało nie ufać władzy
Źródeł tego systemu należy szukać w samym sposobie powstawania Stanów Zjednoczonych.
Amerykańska tradycja polityczna od początku opierała się na nieufności wobec nadmiernej koncentracji władzy. Stąd podział kompetencji pomiędzy federację i stany, podział władzy na wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą oraz niezwykle silna pozycja samorządności lokalnej.
Z czasem przekonanie, że osoby posiadające znaczną władzę publiczną powinny odpowiadać bezpośrednio przed obywatelami, zaczęto stosować do kolejnych stanowisk.
Dlaczego o tym, kto ma pilnować porządku w hrabstwie, miałby decydować polityk w stolicy stanu, skoro mogą zdecydować sami mieszkańcy?
Dlaczego lokalnego urzędnika miałby wyznaczać gubernator, skoro może zostać wybrany?
W wielu miejscach podobną logikę zastosowano nawet wobec wymiaru sprawiedliwości.
Sędzia prowadzący kampanię wyborczą
Dla polskiego odbiorcy prawdopodobnie najbardziej zaskakujące są właśnie wybory sędziów.
Federalni sędziowie w Stanach Zjednoczonych nie są wybierani w wyborach powszechnych. Są nominowani przez prezydenta i zatwierdzani przez Senat, a następnie zasadniczo sprawują urząd bezterminowo.
Na poziomie stanowym sytuacja jest zupełnie inna. Według danych Brennan Center aż 38 stanów wykorzystuje jakąś formę wyborów w systemie obsadzania stanowisk w swoich najwyższych sądach stanowych. Nie oznacza to jednak jednego modelu obowiązującego w całym kraju.
W części stanów odbywają się normalne wybory pomiędzy kilkoma kandydatami. W niektórych przy nazwisku sędziego znajduje się nawet jego przynależność partyjna. W innych wybory są formalnie bezpartyjne.
Istnieje również system retention election. Sędzia zostaje wcześniej powołany, ale po określonym czasie wyborcy otrzymują możliwość zdecydowania, czy powinien pozostać na stanowisku. Nie wybierają wtedy pomiędzy kandydatami. Odpowiadają właściwie na jedno pytanie: zostawić tego sędziego czy nie? W efekcie amerykański sędzia stanowy może znaleźć się w sytuacji zupełnie obcej polskiemu systemowi - musi przekonać wyborców, że powinien dalej orzekać.
Demokracja ma swoją cenę
Brzmi jak skrajna realizacja zasady demokratycznej odpowiedzialności. Skoro sędzia posiada ogromną władzę nad życiem obywatela, można argumentować, że społeczeństwo powinno mieć możliwość jego rozliczenia.
Problem pojawia się wtedy, gdy kampania sędziego zaczyna przypominać kampanię polityka. Kandydaci potrzebują pieniędzy, reklamy i rozpoznawalności. Organizacje polityczne i grupy interesu mogą natomiast próbować wpływać na wynik wyborów.
Skala zjawiska potrafi być ogromna. Wybory do Sądu Najwyższego Wisconsin w 2025 roku kosztowały według Brennan Center ponad 100 milionów dolarów i stały się najdroższym pojedynczym wyścigiem o stanowisko sędziego stanowego w historii USA.
Powstaje więc fundamentalne pytanie: czy sędzia, który musi zabiegać o głosy, może być całkowicie odseparowany od polityki? Amerykanie od dziesięcioleci spierają się o odpowiedź.
Lokalna władza bliżej wyborcy
Sędziowie są jednak tylko częścią większego systemu. Amerykańska administracja jest niezwykle zdecentralizowana. Oprócz władz federalnych istnieją rządy stanowe, hrabstwa, miasta i wiele innych jednostek lokalnych. Dlatego znaczenie miejsca zamieszkania jest ogromne.
USAGov podkreśla, że to, na jakie dokładnie stanowiska może głosować obywatel, zależy od stanu, hrabstwa i miasta. W wyborach pojawiają się gubernatorzy i legislatury stanowe, burmistrzowie, władze hrabstw, rady lokalne oraz - w zależności od jurysdykcji - przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości.
Dla Europejczyka może to wyglądać jak niepotrzebne komplikowanie administracji. Dla zwolennika amerykańskiego modelu jest odwrotnie: skoro urząd wpływa bezpośrednio na życie mieszkańców, mieszkańcy powinni mieć wpływ na to, kto go sprawuje.
Najdłuższa karta wyborcza świata?
Konsekwencją jest jednak problem, o którym mówi się znacznie rzadziej. Wyborca musi wiedzieć, kogo właściwie wybiera. Prezydent Stanów Zjednoczonych jest obecny w mediach każdego dnia. Kandydatów do Kongresu również stosunkowo łatwo poznać.
Ale ilu mieszkańców potrafi dokładnie ocenić kandydatów na lokalne stanowiska albo sędziów? Im więcej decyzji przekazuje się wyborcy, tym większej wiedzy wymaga się od niego.
Powstaje więc paradoks. System zaprojektowany po to, aby dawać obywatelowi więcej kontroli nad państwem, może jednocześnie wymagać od niego podejmowania decyzji dotyczących ludzi, o których wie bardzo niewiele.
Nie oznacza to, że rozwiązanie jest złe albo dobre. Pokazuje raczej cenę niezwykle szeroko rozumianej demokracji lokalnej.
Dwie filozofie państwa
I właśnie tutaj najlepiej widać różnicę pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską.
W polskim modelu obywatel wybiera polityków, ale ogromna część aparatu państwowego pozostaje poza bezpośrednią rywalizacją wyborczą. Sędzia nie prowadzi kampanii, aby utrzymać stanowisko. Amerykańska tradycja w wielu stanach i społecznościach przesuwa granicę znacznie dalej.
Niektóre funkcje, które w Europie traktowalibyśmy jako administracyjne lub eksperckie, Amerykanie poddali mechanizmowi wyborczemu. Nie wszędzie i nie w identyczny sposób. Stany Zjednoczone są pod tym względem mozaiką kilkudziesięciu różnych systemów.
Łączy je jednak charakterystyczne pytanie obecne w amerykańskiej kulturze politycznej od początku istnienia państwa: skoro ktoś sprawuje władzę nad obywatelem, to dlaczego obywatel nie miałby mieć wpływu na to, kto nim jest? Odpowiedź Amerykanów bardzo często brzmi: powinien.