Demokraci nie tylko zdobyli bezpieczną większość w Izbie Reprezentantów, ale również przejęli kontrolę nad Senatem, co jeszcze kilka tygodni temu wydawało się dla wielu zadaniem karkołomnym.

Największe wrażenie robi jednak nie sama matematyka mandatów, ale geografia tego zwycięstwa. Padły konserwatywne bastiony, które od dekad uchodziły za polityczne pewniaki Republikanów. Wystarczy spojrzeć na rolniczy stan Kansas, gdzie polityk Partii Demokratycznej zdobył fotel senatora po raz pierwszy od 94 lat – ostatni raz taka sytuacja miała tam miejsce w 1932 roku. Podobny szok przeżył Teksas – stan, który od 1988 roku konsekwentnie odrzucał demokratycznych kandydatów do Senatu, a teraz przy okazji wyborów stanowych zdecydował, że gubernatorką zostanie Gina Ortiz Jones, pierwsza w historii tego stanu kobieta o latynoskich korzeniach na tym stanowisku.

To nie są zwykłe przetasowania, to trzęsienie ziemi, które doskonale podsumował nowy senator z Teksasu, były seminarzysta James Talarico. Przyrównał on swoją batalię do biblijnego starcia Dawida z Goliatem. Przeciwnikiem nie był tylko jego republikański rywal, ale potężna machina finansowa i całe waszyngtońskie elity. „Dziś w nocy pokonaliśmy Goliata” – te słowa stały się nieoficjalnym mottem zrewitalizowanej Partii Demokratycznej, udowadniając, że żadne miliony dolarów nie zatrzymają zdeterminowanych wyborców.

Sukces ten to również efekt potężnej mobilizacji elektoratu, który zazwyczaj z mniejszym entuzjazmem fatyguje się na wybory połówkowe. Tym razem jednak stawka wydała się Amerykanom zbyt wysoka, a społeczna frustracja osiągnęła punkt krytyczny. Głosowanie stało się swoistym, surowym referendum oceniającym politykę obecnego lokatora Białego Domu.

Cena gniewu, czyli jak portfel pokonał populizm

Choć kampanie wyborcze często opierają się na wielkich hasłach ideologicznych, ostatecznie przy urnie wyborczej najwięcej do powiedzenia ma portfel. Amerykanie po prostu poczuli koszty dotychczasowej polityki na własnej skórze. Rosnące koszty życia i przede wszystkim drastyczne, niemal stuprocentowe podwyżki cen paliw (w tym kluczowego dla transportu diesla), uderzyły w sam fundament amerykańskiej gospodarki.

W szczególności rolnicy, którzy jeszcze niedawno stanowili żelazny elektorat Partii Republikańskiej, stali się bezpośrednimi ofiarami polityki celnej oraz zawirowań na Bliskim Wschodzie. Uwikłanie Stanów Zjednoczonych w konflikt w Iranie oraz wojny handlowe z partnerami doprowadziły do sytuacji, w której codzienne koszty funkcjonowania poszybowały w górę. Głos oddany na Demokratów w takich miejscach jak Iowa czy Ohio był w wielu przypadkach pragmatycznym sprzeciwem wobec chaosu gospodarczego.

Prezydent Donald Trump, mimo oczywistej i bolesnej porażki swojego obozu, w swoim stylu odmówił przyjęcia choćby cienia odpowiedzialności za wynik. Stwierdził wręcz, że to wina jego braku na kartach do głosowania, dodając, że z nim na liście zwycięstwo byłoby miażdżące. Mimo tej retoryki głowa państwa dobrze zdaje sobie sprawę z nowej układanki sił – zapowiedź objęcia roli „Pana Weto” i rządzenia za pomocą prezydenckich dekretów to jasny sygnał na najbliższe miesiące.

Zapowiada się więc brutalny klincz instytucjonalny. Z jednej strony prezydent dysponujący wciąż potężną władzą wykonawczą, z drugiej – Kongres, w którym Demokraci planują uderzyć z impetem. Hakeem Jeffries już zapowiedział intensywne pierwsze "100 godzin", podczas których mają zostać przegłosowane kluczowe ustawy: wyjście z konfliktu w Iranie, zniesienie niszczących ceł dla Europy i Kanady oraz przywrócenie dopłat do ubezpieczeń zdrowotnych.

Młode wilki i nowa jakość w Waszyngtonie

Tegoroczne wybory to jednak znacznie więcej niż tylko kartka z czerwoną czy niebieską kropką – to symboliczna i głęboka zmiana pokoleniowa. Na waszyngtońskie salony wkracza nowa generacja polityków. Nie mają kompleksów, znają współczesne problemy i co najważniejsze, potrafią mówić językiem młodszego wyborcy, co w instytucji, której średnia wieku nierzadko przypominała luksusową emeryturę, jest prawdziwym powiewem świeżości.

Uosobieniem tej nadchodzącej zmiany jest Abdul El-Sayed, nowy senator z Michigan. Z wykształcenia epidemiolog, jest politykiem błyskotliwym i pewnym siebie. Jego cięta riposta na temat dotychczasowego traktowania – „Nie wiem, czy Donald Trump w ogóle wie, jak się nazywam. [...] Pojutrze może po prostu mówić do mnie: Panie senatorze” – to manifestacja nowej dynamiki, w której różnorodność przestaje być tylko hasłem, a staje się realną władzą.

Plejada młodych twarzy, takich jak Chris Pappas czy Jon Ossoff, staje w ostrym kontraście z problemami kadrowymi po stronie Republikanów. Demokraci udowodnili, że potrafią zbudować zgraną i nowoczesną drużynę. Teraz jednak czeka ich największy sprawdzian: wykorzystanie najbliższych dwóch lat na wyłonienie spośród tego "peletonu" kandydata na prezydenta, który połączy charyzmę z politycznym instynktem – kogoś, kto powtórzy sukces Baracka Obamy.

Sam Obama skomentował te wyniki, dostrzegając w nich coś więcej niż tylko partyjne zwycięstwo. Zaznaczył, że obywatele domagają się przywódców jednoczących kraj, a nie pogłębiających podziały. Apelował też o pracę u podstaw i "zakasanie rękawów", bo mimo wygranej w parlamencie, stery państwa pozostają w tych samych rękach jeszcze przez 24 miesiące.

Globalne konsekwencje błękitnego przewrotu

Oczy świata nie bez powodu były wczoraj zwrócone na Amerykę. W stolicach Europy, od Berlina po Londyn, usłyszeć można było wyraźne westchnienie ulgi. Wynik wyborów rozbudził nadzieje na rychłe cofnięcie zaporowych, wynoszących odpowiednio 25% i 10%, ceł na stal i aluminium, które mocno uderzały w europejski przemysł. Ulga ta miesza się jednak ze sporą dawką dyplomatycznej ostrożności.

Europejscy analitycy i liderzy wiedzą bowiem, że choć Kongres decyduje o prawodawstwie i budżecie, to polityka zagraniczna i kierowanie dyplomacją pozostają domeną prezydenta. Nie ma więc co liczyć na nagły zwrot w globalnej strategii USA ot tak, po jednym głosowaniu. Relacje dyplomatyczne pozostaną napięte i zmuszają Europę do brania większej odpowiedzialności za własne łańcuchy dostaw i produkcję zbrojeniową.

Z perspektywy Warszawy i Kijowa sprawa ma nieco inny wymiar. Dla Ukrainy kluczowe będzie zachowanie amerykańskiego wsparcia, zwłaszcza w zakresie obrony przeciwlotniczej (systemy Patriot). W Polsce natomiast możemy spać relatywnie spokojnie – istnieje szeroki ponadpartyjny konsensus dotyczący utrzymania amerykańskich wojsk w Europie Środkowej. Zawirowania partyjne w Waszyngtonie nie zmienią geopolitycznej konieczności amerykańskiej obecności wojskowej na kontynencie.

Przed Ameryką i światem dwa lata fascynującej, politycznej gry o najwyższą stawkę. Od stycznia rusza nowa, zażarta kampania prezydencka, w której każde śledztwo komisji, każde weto prezydenta i każda inicjatywa ustawodawcza będą ważyć na szali zwycięstwa w 2028 roku. Demokraci zrobili milowy krok, ale wyścig o pełną władzę nad najpotężniejszym państwem świata właśnie ruszył na nowo.


O autorze

Karol Bancerz

Karol Bancerz

wydawca

Politolog, europeista, dziennikarz specjalizujący się w zagadnieniach związanych z wykorzystaniem AI w polityce. Naukowo zajmuje się analizą dyskursu, propagandą, bańkami epistemicznymi, językiem polityki w sieciach…