W piątek, 5 września 2025 roku, prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump podpisał w Białym Domu wykonawczy dekret, który wywołał burzę w amerykańskiej polityce i mediach na całym świecie. Na jego mocy dotychczasowy Departament Obrony (Department of Defense) otrzymał nową, a właściwie historyczną nazwę Departament Wojny (Department of War). W praktyce oznacza to, że w oficjalnej komunikacji administracyjnej oraz dokumentach rządowych zacznie być stosowana nowa nazwa, a tytuł szefa resortu został zmieniony z „Sekretarza Obrony” na „Sekretarza Wojny”. W ciągu kilku godzin od podpisania dekretu wprowadzono pierwsze zmiany symboliczne. Strona internetowa Pentagonu zaczęła przekierowywać na nowy adres war.gov, a w niektórych jednostkach wojskowych rozpoczęto wymianę tablic i oznaczeń. Warto jednak podkreślić, że zmiany te mają charakter wykonawczy i symboliczny. Aby doszło do pełnej, prawnie wiążącej zmiany nazwy na szczeblu federalnym, niezbędna jest zgoda Kongresu USA i uchwalenie odpowiedniej ustawy. Dekret Trumpa nie zastępuje tego procesu, lecz omija go w pewnym stopniu, wprowadzając nazwę pomocniczą, stosowaną wewnętrznie w strukturach administracji.
Dlaczego Trump zdecydował się na tę nazwę?
Donald Trump w uzasadnieniu swojego dekretu argumentował, że obecna nazwa „Departament Obrony” jest zbyt „woke”, czyli zbyt łagodna i politycznie poprawna. Według niego, nazwa ta osłabiała siłę przekazu amerykańskich sił zbrojnych, sugerując jedynie pasywną, defensywną rolę państwa. Trump podkreślił, że „Departament Wojny” ma być symbolem zwycięstwa, siły i determinacji, a Stany Zjednoczone powinny jasno komunikować gotowość do walki o swoje interesy i bezpieczeństwo.
Chodzi o etos wojownika. (…) George Washington utworzył departament wojny, bo chciał, byśmy wygrywali nasze wojny.
Pete Hegseth, Sekretarz Wojny
Chcemy defensywy, ale chcemy też ofensywy (…). Jako ministerstwo wojny zwyciężyliśmy wszystko i myślę, że musimy do tego wrócić
Donald Trump, Prezydent USA
Słowa nowego Sekretarza Wojny jak i decyzja o zmianie nazwy wywołały duże poruszenie w opinii publicznej i stały się symbolem nowej narracji administracji Trumpa. Warto przypomnieć, że Departament Wojny istniał w Stanach Zjednoczonych od 1789 roku i odpowiadał za dowodzenie armią lądową. Dopiero po zakończeniu II wojny światowej, w 1947 roku, zmieniono jego nazwę na „Departament Obrony”. Decyzja ta była wówczas postrzegana jako symboliczny krok w kierunku pokoju i współpracy międzynarodowej w epoce nuklearnej, kiedy Stany Zjednoczone stawały się liderem światowego ładu. Trump swoją decyzją dokonał więc swoistego „powrotu do korzeni”, jednak w zupełnie innych okolicznościach geopolitycznych.
Kontekst polityczny i kontrowersje
Zmiana nazwy nie jest jedynie kwestią formalną czy estetyczną. Ma ona ogromny ładunek symboliczny i polityczny. Krytycy decyzji Trumpa wskazują, że nazwa „Departament Wojny” wzmacnia przekaz agresywnej polityki zagranicznej, a także może wywołać obawy wśród sojuszników USA, którzy obawiają się bardziej konfrontacyjnego podejścia Waszyngtonu do globalnych konfliktów. W reakcji na dekret pojawiły się również napięcia na gruncie wewnętrznym. Donald Trump w jednym z późniejszych wystąpień zasugerował możliwość użycia Gwardii Narodowej w miastach, które jego zdaniem mają problem z porządkiem publicznym, w tym w Chicago. Słowa zostały wypowiedziane 5 września, a stały się jeszcze bardziej aktualne 8 września, gdy zapowiedź Trumpa stała się faktem – Prezydent USA ogłosił plan rozmieszczenia Gwardii Narodowej. Burmistrz Brandon Johnson z partii demokratycznej jawnie i stanowczo sprzeciwił się decyzji Trumpa. Zapowiedziano, że w przypadku wykonania zapowiedzianego dekretu to policja stanowa oraz lokalna nie będzie współpracować z federalnymi służbami, a działania tych instytucji będą uznawane za nielegalne oraz „wojskową okupację”. Co warto podkreślić podejście Prezydenta USA wywołało falę krytyki ze strony innych demokratycznych polityków. Gubernator Illinois, JB Pritzker, określił działania Trumpa jako „autorytarne” i stanowiące zagrożenie dla demokracji w Stanach Zjednoczonych.
Czy Trump rzeczywiście „mógł” to zrobić?
Pod względem prawnym sytuacja jest bardziej złożona niż mogłoby się wydawać. Prezydent Stanów Zjednoczonych nie ma pełnej władzy, aby samodzielnie zmienić nazwę federalnego departamentu. Takie działanie wymaga przeprowadzenia procesu legislacyjnego i uzyskania zgody obu izb Kongresu. Trump zastosował jednak obejście prawne – jego dekret wprowadza nazwę „Departament Wojny” jako pomocniczą, stosowaną w komunikacji administracyjnej i w codziennym funkcjonowaniu resortu. Oznacza to, że w dokumentach, przemówieniach i materiałach informacyjnych nowa nazwa będzie dominować, choć w sensie prawnym „Departament Obrony” nadal istnieje jako oficjalna nazwa. Grupa republikańskich kongresmenów już zapowiedziała przygotowanie projektów ustaw mających formalnie zatwierdzić zmianę, jednak ich los w Kongresie jest niepewny. W Izbie Reprezentantów Republikanie mają przewagę, ale w Senacie wciąż mogą napotkać silny opór ze strony Demokratów.
Departament Wojny doprowadzi do „Wojny”?
Decyzja Donalda Trumpa o przywróceniu nazwy „Departament Wojny” to posunięcie zarówno polityczne, jak i symboliczne. W praktyce nie zmienia ona jeszcze w pełni prawnego statusu tej instytucji, lecz nadaje jej nowy charakter i buduje odmienny przekaz w oczach obywateli i świata. Zmiana może wywołać niepokój wśród sojuszników, zaostrzyć napięcia międzynarodowe i wzmocnić obraz USA jako państwa gotowego do ofensywnych działań. Ruch Donalda Trumpa pokazuje, jak wielkie znaczenie mają symbole w polityce. Z pozoru drobna zmiana nazwy stała się przedmiotem ogólnokrajowej debaty i wywołała poruszenie także poza granicami USA. Czy powrót do nazwy „Departament Wojny” rzeczywiście wzmocni pozycję Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej, czy raczej zaszkodzi ich wizerunkowi jako obrońcy wolności i demokracji – to pytanie, na które odpowiedź poznamy dopiero w nadchodzących miesiącach. Jedno jest pewne: decyzja ta już teraz stała się pewnym punktem zwrotnym w polityce amerykańskiej, a jej skutki mogą być odczuwalne jeszcze długo po zakończeniu kadencji Trumpa.
Fot. Secretary of War fb, The White House

