W polskiej polityce od dawna wiadomo, że kiedy prezydent i rząd reprezentują różne obozy polityczne, współpraca między nimi nie zawsze jest łatwa. Ostatnie miesiące pokazują jednak, że weto prezydenckie może stać się czymś więcej niż tylko wyjątkowym narzędziem blokowania ustaw. Coraz częściej jest jednym z elementów codziennego sporu politycznego. Dobrym przykładem jest ustawa dotycząca związków partnerskich. Jej losy dobrze pokazują, jak w praktyce może wyglądać kohabitacja, czyli sytuacja, w której prezydent i większość rządowa wywodzą się z różnych środowisk politycznych.

Ustawa, która przeszła przez parlament

Projekt ustawy dotyczył przede wszystkim uregulowania sytuacji prawnej osób pozostających w nieformalnych związkach. Nie wprowadzał małżeństw jednopłciowych. Zakładał natomiast możliwość zawarcia przed notariuszem umowy o wspólnym pożyciu oraz wprowadzał rozwiązania dotyczące między innymi majątku, dostępu do informacji medycznej, spraw związanych z pochówkiem czy niektórych kwestii podatkowych. 29 maja 2026 roku Sejm przyjął ustawę. Za jej uchwaleniem zagłosowało 230 posłów, przeciw było 198, a jedna osoba wstrzymała się od głosu. Następnie ustawą zajął się Senat, który 25 czerwca przyjął ją bez poprawek. Na tym etapie mogło się wydawać, że najważniejsza część parlamentarnej drogi ustawy jest już za nią. Ostatecznie decyzja należała jednak do prezydenta.

Prezydent mówi „nie”

17 lipca 2026 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę oraz związane z nią przepisy wprowadzające. W uzasadnieniu przedstawionym przez Kancelarię Prezydenta wskazywano między innymi, że proponowane rozwiązania tworzyłyby nową instytucję prawną, która zdaniem prezydenta byłaby funkcjonalnie zbliżona do małżeństwa. Sam fakt weta jest tutaj ważniejszy niż polityczna ocena argumentów przedstawianych przez obie strony. Parlament ustawę uchwalił, ale prezydent skorzystał z konstytucyjnego prawa do odmowy jej podpisania. To właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, jak działa system, w którym żadna z tych instytucji nie ma pełnej kontroli nad procesem ustawodawczym.

Weto można było jeszcze odrzucić

Weto prezydenta nie musi oznaczać końca ustawy. Sejm może je odrzucić, ale potrzebna jest do tego większość 3/5 głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. 17 września 2026 roku odbyło się głosowanie w tej sprawie. Za odrzuceniem weta zagłosowało 232 posłów, przeciw było 199. Mimo że zwolennicy ustawy zdobyli więcej głosów niż podczas jej pierwotnego uchwalania, nie udało się osiągnąć wymaganej większości. W praktyce oznaczało to, że weto prezydenta pozostało w mocy.

Dlaczego ten przypadek jest ważny?

Historia tej ustawy pokazuje coś istotnego dla obecnej polskiej polityki. Samo posiadanie większości w Sejmie nie zawsze wystarcza do przeprowadzenia ustawy przez cały proces legislacyjny. Rządząca większość może uchwalić ustawę, ale jeśli prezydent zdecyduje się ją zawetować, do jej ponownego przyjęcia potrzebna jest znacznie szersza większość. W przypadku tej ustawy takiej większości nie udało się zebrać. To sprawia, że w czasie kohabitacji parlament i prezydent mogą wzajemnie ograniczać swoje możliwości działania. Prezydent nie może sam tworzyć prawa, ale może zatrzymać ustawę przyjętą przez parlament. Z kolei większość parlamentarna może próbować to weto odrzucić, ale tylko jeśli dysponuje odpowiednią liczbą głosów.

Weto jako element codziennej polityki

W teorii weto prezydenckie jest jednym z konstytucyjnych mechanizmów kontroli procesu ustawodawczego. W praktyce jego znaczenie zależy jednak od tego, jak układają się relacje między prezydentem a rządem. Jeżeli obie strony należą do tego samego obozu politycznego, ryzyko poważnego konfliktu jest mniejsze. Kiedy jednak prezydent i większość rządowa mają inne zaplecze polityczne, każde większe weto może stać się początkiem kolejnego sporu. Nie oznacza to oczywiście, że każde weto należy traktować wyłącznie jako narzędzie walki politycznej. Prezydent może mieć również konkretne zastrzeżenia prawne czy merytoryczne do ustawy. Samo zastosowanie weta nie pozwala więc jednoznacznie ocenić jego motywacji. W przypadku ustawy o związkach partnerskich wyraźnie widać natomiast, że różnice między prezydentem a większością parlamentarną mają realny wpływ na to, jakie ustawy mogą wejść w życie.

Co to oznacza dla rządu?

Dla rządu obecna sytuacja oznacza konieczność liczenia nie tylko zwykłej większości, ale również tego, czy w razie weta będzie możliwe zebranie 3/5 głosów. To zmienia sposób prowadzenia polityki. Przy części ustaw może być potrzebne szukanie poparcia także poza własnym zapleczem parlamentarnym. Innymi słowy, sama dyscyplina koalicji rządzącej może nie wystarczyć. Ustawa o związkach partnerskich dobrze pokazuje ten problem. Została uchwalona przez parlament, ale ostatecznie nie weszła w życie, ponieważ prezydent ją zawetował, a Sejm nie zebrał większości potrzebnej do odrzucenia weta.

Czy to nowa forma kohabitacji?

Trudno mówić o całkowicie nowym zjawisku. Weto prezydenckie zawsze było jednym z elementów polskiego systemu politycznego. Zmienić może się jednak jego znaczenie w codziennej polityce. W obecnej sytuacji kohabitacja nie musi oznaczać jedynie sporów dotyczących najważniejszych reform. Może być widoczna przy konkretnych, pojedynczych ustawach. Prezydent może blokować część projektów rządu, a rząd i parlament muszą wtedy zdecydować czy szukać dodatkowego poparcia, zmieniać projekt, czy zaakceptować jego zatrzymanie. Przypadek ustawy o związkach partnerskich jest pod tym względem bardzo czytelny. Pokazuje, że między uchwaleniem ustawy przez parlament a jej wejściem w życie może pojawić się jeszcze bardzo poważna przeszkoda. Najważniejsza zmiana: trzeba się dogadywać.

Najciekawszym skutkiem obecnej kohabitacji może być więc nie samo zwiększenie liczby prezydenckich wet, ale konieczność szukania szerszego porozumienia. Rząd nie może zakładać, że każdą ustawę przyjętą przez jego większość uda się ostatecznie wprowadzić w życie. Prezydent z kolei ma możliwość blokowania ustaw, ale nie może samodzielnie zastępować parlamentu w stanowieniu prawa. Ostatecznie to właśnie między tymi dwiema instytucjami rozgrywa się część najważniejszych sporów. Ustawa o związkach partnerskich jest jednym z przykładów pokazujących, że w warunkach kohabitacji polityka może coraz częściej polegać nie tylko na zdobywaniu większości, ale również na szukaniu kompromisu. I być może właśnie to będzie jedną z najważniejszych cech obecnej kadencji: żeby coś uchwalić, nie wystarczy mieć większość. Trzeba jeszcze znaleźć sposób, żeby tę większość przełożyć na ustawę, której nie da się zatrzymać na kolejnym etapie.


O autorze

Małgorzata Piotrowska

Małgorzata Piotrowska

współpracowniczka