Gdy przychodzi napisać tekst, największą bolączką autora jest często odpowiedź na pytanie: „jak zacząć?”. Pytanie to pojawia się także w tej recenzji – od czego zacząć omówienie Podróży z Herodotem Ryszarda Kapuścińskiego? Od perspektywy współczesnej czy raczej od punktu widzenia narratora, odnoszącego się do lat 50., 60. oraz 70. XX wieku? A może należy pójść jeszcze dalej i oddać głos samemu Herodotowi, żyjącemu ponad 2500 lat wcześniej?
Na przekór tym, którzy miłują porządek i przywołaną wyżej kolejność, zacznę od środka, czyli od perspektywy autora. Ryszard Kapuściński wraca w tym dziele wspomnieniami do swoich pierwszych zagranicznych wypraw reporterskich w latach 50. i 60. XX wieku, a wątek ten przeplata rozważaniami – o charakterze historycznym, społecznym i antropologicznym – wywołanymi lekturą Dziejów Herodota, których tom towarzyszył mu w podróżach już od 1956 roku. Dla współczesnego czytelnika lektura Podróży może okazać się zaskakująca już od pierwszych stron, kiedy Kapuściński opisuje, jak bardzo pragnie przekroczyć granicę – nie w celach politycznych, lecz dla samego doświadczenia. Jak sam pisze: „wszystko jedno którą, bo dla mnie ważny był nie cel, nie kres, ale sam niemal mistyczny i transcendentalny akt przekroczenia granicy”. Warto tu przypomnieć, że mowa o latach 50. XX wieku, krótko po śmierci Stalina, zatem podróżowanie jako takie było szczególnie utrudnione, zwłaszcza do innego kraju, nawet „bratniego”, jak Czechosłowacja czy Związek Radziecki. Szokiem dla czytelnika i przypomnieniem o ówczesnej rzeczywistości może być również fragment w samolocie z Moskwy do Warszawy – opowieść o rozmowie autora z człowiekiem wracającym z łagru, również w 1956 roku.
Czytelnik, jak wspomniałem wyżej, towarzyszy autorowi w wyprawach reporterskich do Indii, Chin, potem egipskiego Kairu, sudańskiego Chartumu czy afrykańskiego Konga. Kapuścińskiemu udaje się nawet dotrzeć do Teheranu w ostatnich miesiącach panowania szacha Mohammada Rezy Pahlawiego, o czym powstał oddzielny reportaż. Autor opisuje w sposób niezwykle plastyczny, wręcz literacki, odwiedzane miejsca oraz spotkanych ludzi, poświęcając wiele miejsca na wniknięcie w ich psychikę oraz zrozumienie ich sposobu myślenia – jak przystało na reportera najwyższej próby. W książce znajdziemy odpowiedzi na rozmaite pytania dotyczące społeczeństw i ich postrzegania świata, m.in. na czym polega równowaga społeczeństwa indyjskiego i dlaczego do każdej, nawet najdrobniejszej czynności potrafi być przypisany oddzielny człowiek. Dowiemy się również, jaką rolę pełnił niegdyś Wielki Mur w życiu i zbiorowej świadomości Chin (nie była to bowiem wyłącznie rola obronna), a także jak wyglądała codzienność w Teheranie tuż przed wybuchem rewolucji islamskiej. Wszystko to zostało okraszone przemyśleniami autora oraz opisami jego przygód – zarówno tych mniej bolesnych (jak nauka angielskiego z książek Hemingwaya w Indiach), jak i bardziej dotkliwych, np. konfrontacji z aparatem bezpieczeństwa w Kairze czy permanentnej inwigilacji w Chinach czasów wczesnego Mao.
Nadrzędnym motywem, spajającym reportaże ze wszystkich tych podróży, są fragmenty Dziejów Herodota, czytane przez Kapuścińskiego w każdej wolnej chwili. Autor przenosi nas w czasy perskiego władcy Cyrusa, opowiada o ludach zamieszkujących najdalsze zakątki antycznego świata, snuje rozważania na temat Nilu czy ziem dzisiejszej Etiopii. Dużą część książki Kapuściński poświęca samemu Herodotowi i motywom, które nim kierowały. Dowiadujemy się, że grecki kronikarz postawił sobie za cel ocalenie od zapomnienia jak największej liczby historii, informacji o ludach i wydarzeniach jemu współczesnych, ponieważ był świadomy ludzkiej kruchości – w jego epoce „niemal jedynym depozytariuszem pamięci był człowiek”. Lektura Herodota wywarła ogromne wrażenie na Kapuścińskim, który nazywa go „rasowym reporterem”: „wędruje, patrzy, rozmawia, słucha, żeby później zanotować to, czego dowiedział się i co zobaczył, lub aby po prostu rzecz zapamiętać”. Można wysnuć wniosek, że Dzieje oraz postać Herodota ukształtowały warsztat samego Kapuścińskiego, podsycając jego ciekawość świata i czyniąc zeń reportera o bliźniaczym zacięciu.
Wszystko to – reportaże z najdalszych zakątków globu, refleksje nad rolą kronikarza utrwalającego losy ludzkości, połączone z barwnym detalem i zmysłem obserwacji „cesarza reportażu” – sprawia, że lektura Podróży z Herodotem budzi autentyczną fascynację otoczeniem. Tak jak Herodot inspirował Kapuścińskiego, tak Kapuściński otwiera oczy czytelnikowi, skłaniając go do zadawania pytań o świat, odmienne kultury i obyczaje. Warto stworzyć swoisty trzeci wymiar tej opowieści: zabrać Podróże we własną drogę, przejmując od obu autorów dociekliwość oraz pasję poznawczą. Wyprawa nie musi wcale prowadzić do odległej Afryki, Indii czy Chin – liczy się to, by obudzić w sobie chęć zrozumienia tego, co inne. Okoliczności ku temu sprzyjają, bo – jak trafnie ujął to recenzent „The Wall Street Journal” – „podobnie jak Herodot, tak i Ryszard Kapuściński był reporterem, historykiem, poszukiwaczem przygód – i prawdziwym artystą”. Dziś ten artysta zaprasza nas do przeżycia (i być może opisania) kolejnego rozdziału otaczającego nas świata.