W teorii uczelnie wyższe to przestrzeń wolnej myśli, samodzielnych badań i niezależnego kształcenia. W praktyce coraz częściej stają się miejscem, gdzie decyzje podejmowane w ministerialnych gabinetach decydują o tym, co znajdzie się w sylabusie, a co zostanie z niego usunięte. Dla studentów często jest to niewidoczna warstwa, ale ma ona realny wpływ na ich codzienność. I na to, jak będą funkcjonować w świecie po opuszczeniu murów uczelni.
Kiedy wiedza staje się polityczna
Nie chodzi o to, że państwo w ogóle nie powinno mieć wpływu na edukację. Pewien poziom nadzoru i ramy prawne są potrzebne. Problem zaczyna się wtedy, gdy decyzje o kształcie programów nauczania przestają wynikać z potrzeb społecznych czy postępu nauki, a zaczynają być dyktowane ideologią, doraźnym interesem politycznym albo populistyczną narracją.
To, jakie przedmioty są wprowadzane, a jakie znikają, bywa odzwierciedleniem aktualnej linii rządu. Jeśli władza uznaje, że edukacja powinna „kształtować patriotyczną postawę”, możemy spodziewać się większego nacisku na historię narodową i mniejszego na krytyczne myślenie. Jeśli natomiast priorytetem staje się rynek pracy, nacisk przesuwa się w stronę kompetencji „praktycznych”, często kosztem humanistyki czy nauk społecznych.
Kto pisze programy studiów?
Formalnie programy studiów przygotowują uczelnie, zespoły dydaktyczne, rady wydziałów, komisje programowe. Ale robią to w ramach narzuconych z góry standardów. Te standardy określa Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To ono decyduje, ile godzin musi mieć dany przedmiot, jakie efekty kształcenia są wymagane, a czasem także jakich tematów powinno się unikać.
Zmiany w standardach nie zawsze są transparentne. Często nie poprzedza ich szeroka debata ani konsultacje z osobami studiującymi czy naukowcami z danego obszaru. Dla studentów oznacza to, że ich edukacja może być efektem politycznego kompromisu, a nie autonomicznej decyzji uczelni.
W którą stronę to zmierza?
W ostatnich latach można zauważyć trend centralizacji, czyli większej kontroli nad uczelniami i coraz częstszych prób ingerencji w ich wewnętrzne decyzje. Likwidowanie kierunków uważanych za „nieprzydatne”, zmiana finansowania uczelni w sposób premiujący kierunki techniczne kosztem społecznych, czy ograniczanie dostępu do tematów takich jak gender, migracje, czy prawa człowieka.
Co to oznacza dla studentów?
Z perspektywy osoby studiującej może się wydawać, że są to odległe sprawy. Ale wpływ widać w konkretnych sytuacjach: braku możliwości wyboru przedmiotów, ograniczonym dostępie do specjalizacji, zamknięciu kierunków, które „nie wpisują się w priorytety”. Czasem to też brak tematów tabu takich, które „lepiej ominąć”, bo mogą budzić polityczne kontrowersje.
Dla wielu studentów jest to zderzenie z rzeczywistością: studiowanie nie zawsze oznacza swobodę myślenia. Czasem trzeba się wpasować w system punktów ECTS, w siatkę godzin, w ramy ideologiczne.
Czy można to zmienić?
Jeśli chcemy, by uczelnie były naprawdę miejscem wolnej myśli, potrzebujemy większej autonomii szkół wyższych. Ale też większego udziału samych studentów w rozmowach o tym, co i jak się uczy. Programy nauczania nie powinny być dyktatem polityki, powinny odpowiadać na potrzeby społeczne, gospodarcze i kulturowe. Powinny też być elastyczne i różnorodne tak jak zróżnicowane są ścieżki życiowe i aspiracje młodych ludzi.
To nie jest tylko kwestia edukacji. To pytanie o to, czy kształcimy przyszłych obywateli zdolnych do krytycznego myślenia, czy tylko dobrze dopasowanych pracowników. I czy uczelnia to jeszcze miejsce wolności, czy już tylko kolejna instytucja podporządkowana polityce.

