1. Fabuła banalnie prosta jak to na baśń przystało.
Andersen wrzuca nieświadomego czytelnika do świata niezłożonego, którego bohaterowie są prostolinijnymi karykaturami uosobień ludzkich zachowań w ściśle określonych sytuacjach. Oto maluje się obraz państwa, którym rządzi cesarz. Władca pod wieloma względami niedoskonały, zaniedbujący swoje obowiązki głowy, nie dbający o kraj i poddanych. „Jak o królu zwykło się mawiać, że jest na naradzie, tak o cesarzu, że jest w garderobie”. Władca ten, miał swoją manię. Uwielbiał kosztowne stroje, kochał być w nich podziwiany, a niemal cały czas poświęcał na dobieranie kreacji, które zachwyciły by dwór i poddanych. Ot i wszystko czego dowiemy się o cesarzu. Równie lakonicznie Andersen traktuje kolejnych wprowadzonych do historii bohaterów. W tym państwie, w którym mimo próżności władcy, ludziom żyło się bardzo wesoło, pojawiają się dwaj oszuści. Nazwani wprost – oszustami. Czytelnik nie potrzebuje już nic więcej wiedzieć; nie ważne są motywacje, pochodzenie, przeszłość, cel, wygląd, czy też żadna inna cecha, której nie wahałby się użyć inny pisarz. Jednym słowem zamknięto nam możliwość jakiejkolwiek interpretacji, własnej oceny lub poszukiwań motywacji, czy obrony dla ich późniejszych występków. Podają się za tkaczy, posiadających niezwykłą materią o tej cudownej właściwości, że szaty z niej użyte są niewidoczne dla każdego kto jest głupi lub nie nadaje się do pełnienia swojego urzędu. Cesarz jest zachwycony mocą tej tkaniny i zatrudni oszustów, by ci uszyli mu wspaniałe ubrania. Wkrótce po całym cesarstwie rozchodzi się wieść, że cesarz będzie mieć niezwykłe szaty o tej niesamowitej własności i „wszyscy pragnęli się przekonać, że ich sąsiad jest głupi lub zły”. Oszuści wyedukowani w swym fachu oszustwa udawali ze wszystkich sił i wielkim zaangażowaniem, że pracują w pałacowych warsztatach tkackich, pobierając przy tym złoto i klejnoty i drogie materiały. Cesarz zapragnął pewnego dnia dowiedzieć się, jak posuwają się prace nad strojem, ale w głowie zapaliła mu się czerwona lampka, co jeżeli nie będzie w stanie ich zobaczyć. Nie ma nic straszniejszego dla cesarza, jak dowiedzieć się, że nie nadaje się do bycia cesarzem. Posyła więc zaufanego doradcę, człowieka o wielkim intelekcie, który od lat piastuje swój urząd i robi to bardzo dobrze. Jednak, gdy przychodzi do warsztatu ku swojej zgrozie, nie widzi nic. Udaje inaczej, gdy oszuści „prezentują mu” szaty, opisując jak to wspaniale wyglądają i z jak pięknych są materiałów wykonane. Urzędnik zdaje relacje cesarzowi z tego co opisali mu fałszywi tkacze, upewniając tym samym cesarza, że świetną decyzją było zatrudnienie tych rzemieślników. Cesarz wkrótce posyła innego urzędnika, ale ten również nic nie dostrzega. Znając jednakże relacje swojego poprzednika udaje, że je widzi, nie chcąc wypaść gorzej lub co gorsza być posądzonym o głupotę, czy brak kompetencji do sprawowania funkcji. Mówi zatem jak cudowny strój widział i, że wkrótce będzie gotowy. W dniu prezentacji, gdy oprócz cesarza stawia się w gabinecie cała jego świta na tkackich maszynach nie ma oczywiście nic. Mimo to cesarz „zakłada” strój, a służba „pomaga” w tej czynności. Ponieważ o nowych szatach głośno było w całym kraju i nic nie budziło wśród ludu większego zainteresowania, cesarz postanawia iść na paradę. Ludzie, widząc ten dziwaczny spektakl, najpierw wpadają w zupełne osłupienie. Ale nie trwa ono długu, gdyż kolejne, anonimowe postacie zaczynają krzyczeć, wychwalając nowy ubiór pana. I prawdopodobnie wszystko trwałoby dalej, gdyby nie dziecko. Pośród wielkiego tłumu gapiów tylko jedno dziecko zauważa tę prostą, nie do przeoczenia prawdę – „patrzcie, on jest nagi”. I kolejni zaczynają powtarzać „słowa niewiniątka”, aż wszyscy poza świtą i samym cesarzem, dostrzegają, jak jest naprawdę. „Cesarz zmieszał się, bo wydawało mu się, że jego poddani mają słuszność, ale pomyślał sobie: „muszę wytrzymać do końca procesji”. I wyprostował się jeszcze dumniej, a dworzanie szli za nim, niosąc tren, którego wcale nie było”.
2. Przenosząc tę historię na grunt interpretacji.
Cesarz był ostatnią osobą, która powinna ten strój zobaczyć, więc jego obawy były słuszne. Władca, który zaniedbuje obowiązki, nie dba o kulturę, edukację, tylko o swój wygląd, nie nadaje się do bycia władcą. W tej jednej chwili postąpił rozsądnie, wysławszy człowieka, który musiał, według wszystkich, którzy go znali, zobaczyć ten strój o ile istniał. A on boi się powiedzieć prawdę. Gdyby to zrobił z całą pewnością udałoby się uniknąć wszystkich kolejnych, coraz to gorszych zdarzeń. Tymczasem przez to, co gubiło cesarza – próżność; oraz strach o siebie i piastowane stanowisko, kazały mu skłamać. Baśń „Nowe szaty cesarza” niezwykle brutalnie traktuje o brudnej, ludzkiej naturze. Jeśli nie na poszczególnych przypadkach, to jedno zdanie z tej baśni uderza bardzo mocno: „wszyscy pragnęli się przekonać, że ich sąsiad jest głupi lub zły”. Oto cudowny artefakt, zwierciadło, które umożliwia poznanie prawdy o sobie, a wszystko czego pragnie człowiek, to wepchnąć tam sąsiada, przyjaciela, członka rodziny, aby zyskać fałszywe przeświadczenie o byciu lepszym. Fałszywe, bowiem ja nie stanę przed lustrem, nie poznam prawdy o sobie, ale ten którego postawię, okaże się głupcem. To jest pierwszy, bolesny prztyczek Andersena.
Można zadawać pytanie, dlaczego ludzie posłuchali dziecka? W przestrzeni publicznej nikt w ten głoś się nie wsłuchuje, a jeśli już to, nie po to, aby traktować go poważnie. Dlaczego więc, gdy tłum krzyczał chwaląc strój, którego nie było, nikt nie próbował tego, cichego głosiku uciszyć? Cały sekret tkwi w tej cudownej własności materii, z których szaty „wykonano” i ta własność pozwoliła zdemaskować oszustwo. Czyż o dziecku można powiedzieć, że jest głupie? Niewinne, nieznające złych stron tego świata, dzieci nie kłamią, nie mające zahamowani ani strachu, który mają dorośli; zapewne niedoświadczone z powodu młodego wieku, ale z całą pewnością nie głupie. Czyż dziecko nie nadaje się do pełnienia swojego urzędu? Urzędem dziecka jest tu dzieciństwo. Musielibyśmy powiedzieć, że dziecko nie nadaje się do bycia dzieckiem. Przecież to kompletny absurd. Więc to dziecko, które krzyknęło, ubierając w słowa, dokładnie to, co widziało, nie znając kłamstwa, którym posługiwali się otaczający je dorośli, wskazało prawdę, której nie dało się zagłuszyć. Bo jeśli szukalibyśmy osoby, która musiałaby zobaczyć te szaty, jeśli istniałyby rzeczywiście, to już nawet nie ten doskonały cesarki urzędnik, ale to dziecko. A jednak ono nie widzi tego. Konkluzja może być zatem tylko jedna. Te szaty nie istnieją.
3. Teoria wielkiego oszustwa.
Szaty cesarza są symbolem oszustwa i kłamstwa, które opanowuje każdą grupę społeczną od tej najwyższej – władzy, do najniższej – obywatela. Społeczeństwo samo w to kłamstwo wchodzi, zaczyna w nie wierzyć, ale, na pocieszenie, zaczyna się od elity, która przyjmuje oszustów. Gdy działa w pełni, czyli na tej paradzie, oszustów – sprawców dawno nie ma. Wyjechali na wozie obładowanym złotem i drogimi tkaninami, a pomimo to ich dzieło ciągle żyje i ciągnie kolejne ofiary za sobą. Bolesnym jest wizja, że ten, który miał chronić społeczeństwo przed oszustwem, stał się jego pierwszą i najważniejszą ofiarą. Cesarz wierzy, że szaty pozwolą mu widzieć głupców i rozróżniać tych, którzy nie nadają się do pełnienia funkcji. Ale w jaki sposób? Przecież nie ma mocy przenikania ich umysłów, nie może spojrzeć ich oczami i wiedzieć co widzą albo czego nie widzą. Mogą udawać, kłamać, oszukiwać byle nie wyjść na głupców lub nieudaczników. Próbujmy usprawiedliwić cesarza. Mógł przyjąć kłamstwo w dobrej wierze, ale powinien zorientować się tak on, jak i cała towarzysząca mu świta, że padli ofiarą oszustwa. Paradoks, szaty spełniły swoje zadanie, wykazując, że absolutnie wszyscy w tym państwie są głupcami, którzy nie nadają się do pełnienia swoich urzędów – urzędu życia w prawdzie. Czy to przez kompleksy, chęć utrzymania władzy, strach przed pogardą ze strony sąsiada – powodów możemy szukać miliony – wszyscy wchodzili w to kłamstwo, chętnie się mu poddając. Widzieli coś czego nie ma i radośnie o tym prawili. Cesarz i jego dwór wynieśli kłamstwo do ludu, na wielką paradę. Szło przez środek miasta, nagie i biedne, a jednak wszyscy słowami, ubierali je, prześcigając się w co barwniejszych określeniach. Dla jednych ociekało złotem, dla innych drogimi kamieniami, dla jeszcze innych tysiącem kolorowych tkanin. I triumfowało do momentu, aż jeden żyjący w prawdzie człowiek, który nie znał kłamstwa i brzydził się tego świata dorosłych, pełnego oszustw, powiedział prawdę. I lud prawdę przyjął. Tylko nie władca. Być może ci, co wołają, że jestem nagi mają rację, ale tylko być może. I cesarz wyprostował się jeszcze dumniej i szedł dalej ścieżką tego kłamstwa. Przygnębiające.
4. Na gruncie polityki – np. polskiej.
U Andersena w kłamstwie żyją wszyscy poza tymi, którzy żyją w prawdzie, a jest to cała jedna osoba. I w polskiej, i w dowolnie innej wybranej polityce, na gruncie tej baśni, wszyscy cieszymy się kłamstwem. Nie jest tak, że winni są temu politycy. Winowajcy dawno na świecie nie ma i nie ma powodu, aby szukać. To jest marnowanie czasu. A u nas wciąż, jedni krzyczą na drugich, oskarżają innych, gdy wszyscy popełniają dokładnie ten sam błąd. Myślą, że są w pięknych szatach, gdy tak naprawdę ich ciał nie okrywa żaden materiał. A przekrzykują się kto ma droższy krój, piękniejszy materiał, większe kamień i więcej złota, kto falbanę, kto wstęgę, a kto bufiaste rękawy. Ale u nas nikt nie ma odwagi krzyknąć: „przecież oni są nadzy”. Bo wszystkim wygodnie jest widzieć to, co naprawdę istnieje. Sąsiad nie uznaje nas za głupich, cesarz jest zadowolony, przyjaciel wiwatuje razem z nami i wszyscy wespół się okłamujemy. I wydaje się nam, że jesteśmy szczęśliwi. Natura człowieka jest zaiste zadziwiającym wybrykiem.

