Opadły emocje po pierwszym posiedzeniu Sejmu X kadencji, na którym Szymon Hołownia objął stanowisko Marszałka Sejmu. Dalej jednak trwa dyskusja na temat tego co wydarzyło się w trakcie wyboru wicemarszałków, a konkretniej faktu, że największe ugrupowanie tej kadencji, czyli Prawo i Sprawiedliwość, najpewniej nie będzie mieć przywileju posiadania kogoś takiego ani w sejmie, ani w senacie.
Zacznijmy jednak po kolei. 13 listopada odbyło się pierwsze posiedzenie sejmu, na którym Szymon Hołownia został mianowany nowym marszałkiem izby niższej. Już na samym początku swojego urzędowania zaskoczył wszystkich swoimi deklaracjami odnoszącymi się do „ponownego otwarcia sejmu dla dziennikarzy”, czy chociażby rozpoczęciem projektu podcastu marszałkowskiego. To wszystko to jednak tylko pijar, w którym jaki człowiek wywodzący się z telewizji marszałek Hołownia czuje się świetnie. Pierwszy faktyczny sprawdzian jego umiejętności nadszedł jeszcze tego samego dnia podczas wyboru wicemarszałków sejmu, gdzie pomimo pewnej dozy chaosu spowodowanej klasyczną dla naszego parlamentu kulturą prowadzenia debaty, faktycznie prowadził obrady w zgodzie z procedurami i bez niepotrzebnego odbierania głosu występującym parlamentarzystom.
I tutaj tak naprawdę pojawia się kwestia najważniejsza, czyli zachowywanie przez marszałka sejmu zgodności z regulaminem sejmu, przestrzeganie przez niego swoich obowiązków i nie nadużywania władzy, co marszałkowi Hołowni do tej pory się udało, choć z jednym wyjątkiem. Otóż Szymonowi Hołowni zarzucane są dwie rzeczy: po pierwsze, że zezwolenie Włodzimierzowi Karpińskiemu na objęcie mandatu europosła, jest próbą uchronienia go od konsekwencji prawnych związanych z wysuniętymi przeciwko niemu zarzutami korupcyjnymi; po drugie, o nie stosowanie się do regulaminu sejmu, ograniczając czasowo wystąpienia ministrów podczas dyskusji o powołaniu nowych członków Krajowej Rady Sądownictwa.
Pierwszy zarzut wydaje się być jednak niezasadny. Jak podają medialne doniesienia prokuratura zrezygnowała z aresztu tymczasowego dla Włodzimierza Karpińskiego, a co za tym idzie nie ciąży na nim żaden środek zapobiegawczy, który mógłby uniemożliwić mu sprawowanie mandatu eurodeputowanego. Co za tym idzie marszałek sejmu nie ma żadnej podstawy prawnej, żeby odmówić prawidłowo wybranemu europarlamentarzyście powołania na to stanowisko. Niemniej marszałek Hołownia na wczorajszej konferencji dla dziennikarzy zapewnił, że przekazał informację o zaistniałej sytuacji Robercie Metsoli, która jest przewodniczącą europarlamentu. Druga sytuacja jest jednak trochę bardziej złożona. Otóż w regulaminie, a konkretniej w artykule 186, jest napisane, że marszałek sejmu udziela głosu członkom rady ministrów poza kolejnością zgłoszeń ilekroć ten tego zażąda, co nastąpiło. Zaskakujący natomiast był limit jaki marszałek nałożył na wypowiedzi członków rządu, gdyż były to tylko trzy minuty na wypowiedź, co podniosło wiele niezadowolonych głosów z sali plenarnej. Problem jaki jest z tymi głowami jest jednak taki, że regulamin sejmu nie określa wprost ile czasu czasu marszałek musi przeznaczyć ministrowi, ciężko jest więc tu mówić o naruszeniu regulaminu, chociaż faktem jest, że dla zachowania pluralizmu politycznego i sensu debaty, wystąpienia te z reguły nie powinny być ograniczane czasowo. Dodatkowo marszałek Hołownia zapowiedział już, że będzie dążył do zmiany tych przepisów w celu “zapobiegnięcia dalszemu paraliżowania pracy sejmu”. Kreuje nam się w ten sposób już pewien obraz pracy Szymona Hołowni jako marszałka. Jak do tej pory nie miał on problemu z przestrzeganiem regulaminu sejmowego i wykonywaniem obowiązków do niego należących. Niemniej zapowiedzi Hołowni odnośnie zmian w regulaminie sejmu, a także jego działania zmuszają mnie do refleksji czy na pewno jest on w stanie obiektywnie spełnić swoja obietnice o byciu marszałkiem wszystkich sił politycznych.
Skoro jednak mówimy o reprezentacji wszystkich sił politycznych, to warto wspomnieć o pewnym precedensie związany z wyborami wicemarszałków. Otóż w wydarzyła się pewna kontrowersyjna rzecz, a mianowicie udało się wyznaczyć wicemarszałka z prawie każdej opcji politycznej. Prawie, gdyż kandydatura Elżbiety Witek, została zablokowana przez większość sejmową. Oznacza to, że w przypadku, w którym nie wybrania nowej kandydatury na to stanowisko, obóz zjednoczonej prawicy pozostanie bez swojego wicemarszałka (przy założeniu, że nowa kandydatura też nie zostanie zablokowana). Oznaczałoby to, niezwykle trudna sytuacje dla największego obozy w tej kadencji sejmu. Rząd Prawa i Sprawiedliwości przez osiem lat swoich rządów, przyzwyczaił nas do swojego luźnego podejścia do regulaminu sejmowego, a także przebiegu posiedzeń sejmu, którym daleko było do modelowej demokracji, jednakże nawet rząd zjednoczonej prawicy nie postanowił zablokować kandydatur innych ugrupowań na stanowisko wicemarszałka. W połączeniu z wcześniejszymi zapowiedziami Marszałka Hołowni o zmianach w regulaminie i jego podejściu do jeszcze urzędujących ministrów może się okazać, ze dla całego obozu zjednoczonej prawicy, to będą bardzo ciężkie cztery lata. Nie trafia też do mnie argumentacja, że jest to spowodowane wystawieniem kandydatury Elżbiety Witek, a wynika to z faktu, że kandydujący na stanowisko najpierw marszałka, a potem wicemarszałka senatu, Marek Pęk również nie otrzymał żadnego z tych stanowisk, gdzie nie jest on obarczony tak potężnym bagażem decyzji jak Pani Witek.
Miejmy jednak nadzieję, że ta doza rewanżyzmu na jaki pozwala sobie teraz obóz zjednoczonej opozycji jest chwilowy i za niedługo będziemy w stanie oglądać prawdziwą merytoryczną debatę w ramach posiedzeń sejmowych. Jednak ta prawdziwa merytoryczna debata, nie będzie jednak możliwa, jeśli nasza klasa polityczna nie zrozumie, że zasada oko za oko została porzucona nie bez przyczyny.
fot. PAP/Radek Pietruszka

