Krzyż, kampania i zawał. Polityczne zmartwychwstanie Barbary Skrzypek
Barbara Skrzypek, znana bardziej z kabaretowych parodii niż z realnego wpływu na losy państwa, zmarła nagle, a jej śmierć – jak to w polskiej polityce bywa – przestała być tylko wydarzeniem osobistym. W ciągu kilkudziesięciu godzin stała się ogólnonarodowym symbolem, opłakiwanym przez polityków, instrumentalizowanym przez media sprzyjające władzy, a ostatecznie – uhonorowanym przez głowę państwa w sposób, który mówi więcej o kondycji polskiego życia publicznego niż tysiące analiz politologicznych.
Żeton prezydenta
Prezydent Andrzej Duda, jak na człowieka bez realnej władzy przystało, postanowił przemówić… orderem. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski dla osoby, której zasługi kończyły się na lojalnym noszeniu teczek i pilnowaniu kalendarza partyjnych bossów? Przepraszam, ale czy nie dewaluuje to samego odznaczenia, przyznawanego dotąd lekarzom, społecznikom, naukowcom, ludziom naprawdę oddanym państwu i społeczeństwu?
Tymczasem Barbara Skrzypek, prywatnie zapewne miła osoba, stała się postacią-symboliczną. Nie dlatego, że coś osiągnęła – ale dlatego, że zmarła w odpowiednim momencie. W momencie, gdy PiS-owi kończą się paliwa rakietowe, a kampania wyborcza ich nowego „obywatelskiego” kandydata Karola Nawrockiego przypomina lot balonem, z którego spuszczono powietrze, zanim w ogóle uniósł się nad ziemię.
Duch przeszłości
Śmierć Skrzypek daje okazję, by przypomnieć elektoratowi „stare dobre czasy” IV RP, czasów Jarosława Kaczyńskiego i jego legendarnego gabinetu cieni. Powraca duch PC, mit lojalnej drużyny, wiernych asystentek i sekretarek, które trzymały to wszystko w kupie. PiS potrzebuje mitu – a Skrzypek staje się jego wygodnym wcieleniem. Niewinna, skromna, lojalna. Idealna do przypięcia orderu i zbudowania pomnika w świadomości „twardego elektoratu”.
Problem w tym, że narracja ta trzeszczy w szwach. Po pierwsze – mamy do czynienia z osobą, która nie miała żadnego znaczenia dla wspólnoty narodowej. Po drugie – order przyznany w kontekście politycznym, nie moralnym ani obywatelskim, staje się po prostu żetonem w grze o głosy. A po trzecie – nie sposób nie zauważyć, że śmierć Barbary Skrzypek, tragiczna i zapewne szokująca dla bliskich, została niemal natychmiast wciągnięta w tryby kampanijnego marketingu.
Śmierć potrafi rozpalać
Czy tak powinno wyglądać życie publiczne? Czy mamy się godzić na to, że zgon człowieka – nie polityka, nie ministra, nie społecznika – staje się newsowym topem i punktem zapalnym kolejnych politycznych rytuałów? Czy mamy milczeć, gdy prezydent bez mrugnięcia okiem odznacza „zasługi” lojalności partyjnej, ignorując ludzi, którzy całe życie poświęcają edukacji, medycynie czy walce o prawa człowieka?
W tym wszystkim najbardziej przygnębiające jest to, że już nie chodzi o samą Skrzypek. Chodzi o mechanizm. O to, że śmierć nie chroni przed polityką. Że nawet zawał serca – tragiczny i ludzki – staje się narzędziem w kampanijnym arsenale. Bo przecież trzeba czymś zapełnić paski w telewizji. Trzeba czymś wzruszyć bazę. Trzeba czymś przykryć kompromitacje, pustkę programową i lęk przed nadchodzącą zmianą.
A więc odpalono kolejny kanister benzyny. Płonie ognisko narodowej mitologii. Krzyż, wspomnienie, laudacja, kilka łez w Sejmie i kilka tweetów o „lojalnej przyjaciółce prezesa”. I znowu wszystko na swoim miejscu.

