FelietonKomentarz

Demokracja nie boi się weryfikacji. Władza – owszem.

Gdyby Prawo i Sprawiedliwość naprawdę chciało dziś wyznaczyć nowy standard w polityce, mogłoby zrobić coś pozornie prostego, a w istocie rewolucyjnego: poprzeć wniosek o ponowne przeliczenie głosów w II turze wyborów prezydenckich. Nie jako wyraz podważania wyniku, lecz jako element rzetelnej, demokratycznej procedury – remedium na potwierdzone już błędy i nieścisłości.

Z kilku komisji wyborczych płyną głosy samokrytyki. Przewodniczący komisji w Krakowie i Mińsku Mazowieckim przyznali wprost: doszło do błędów w przypisaniu głosów, zamiany wyników między kandydatami, mylenia nazwisk, nieumiejętnego wypełniania protokołów. To nie są fake newsy rozpowszechniane przez „internetowych wichrzycieli”. To są oficjalne, przyznane pomyłki. Oczywiście, nie musi to oznaczać, że wynik wyborów był fałszywy – ale może.

I właśnie dlatego procedura przeliczenia głosów, szczególnie w tych komisjach, w których stwierdzono anomalie lub błędy, nie powinna być traktowana jako atak na wynik czy na Karola Nawrockiego. Wręcz przeciwnie – to byłby dowód, że system umie się skorygować. Że zaufanie do instytucji wyborczych nie opiera się na „świętości protokołu”, lecz na prawdzie, transparentności i gotowości do weryfikacji.

Tylko że tu pojawia się problem – polityczny, a nie proceduralny.

Bo czy Prawo i Sprawiedliwość – partia, która jako pierwsza powinna dziś zadeklarować pełną gotowość do przejrzystego przeliczenia głosów – naprawdę się na to zdobędzie? Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie. Dlaczego? Bo w odróżnieniu od opozycji, która ewentualnie mogłaby zyskać, to właśnie PiS ryzykuje. A dokładniej: ryzykuje Karol Nawrocki – kandydat wygrany minimalnie, przewagą niespełna 400 tysięcy głosów. Każda korekta, każdy błąd, każde przeliczenie – mogą tę przewagę zmniejszyć. A w skrajnym przypadku – nawet unieważnić zwycięstwo.

Tu kończy się retoryka o „nowej jakości w polityce”, a zaczyna chłodna kalkulacja.

Dlatego nie łudźmy się, że PiS wezwie do przeliczenia głosów. Nie zrobi tego – nawet jeśli ma rację, że wybory wygrał uczciwie. Bo nie chodzi już o prawdę, tylko o strach przed jej formalnym udowodnieniem.

A szkoda. Bo jeśli przeliczenie kilku tysięcy kart ma nas jako społeczeństwo zbliżyć do bardziej dojrzałej demokracji – to dlaczego z góry się tego bać?

Shares:

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *