Ponad 340 obecnych i byłych pracowników amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia (NIH) podpisało list otwarty, w którym krytykują politykę cięć budżetowych administracji Donalda Trumpa oraz sposób, w jaki obecne kierownictwo instytucji – na czele z Jayem Bhattacharyą – realizuje swoją misję. Choć samo wystąpienie naukowców może wydawać się przejawem wolności słowa w nauce, to sytuacja, w jakiej się znaleźli, stawia pod znakiem zapytania fundamentalną zasadę niezależności badań od nacisków politycznych. A to powinno niepokoić każdego, komu zależy na wiarygodnej, obiektywnej i odpowiedzialnej nauce.
Nauka zależna od polityki?
Narodowy Instytut Zdrowia to największy publiczny sponsor badań biomedycznych na świecie. Przez dekady cieszył się ponadpartyjnym wsparciem – niezależnie od tego, kto zasiadał w Białym Domu. Jednak obecna administracja zapowiedziała redukcję budżetu NIH aż o 18 miliardów dolarów – to ponad 40% całkowitych środków. Według listu sygnowanego przez pracowników, już teraz wstrzymano 2 100 grantów badawczych o łącznej wartości 9,5 miliarda dolarów oraz kolejne 2,6 miliarda dolarów w kontraktach, które obejmowały m.in. finansowanie sprzętu czy opłacenie pielęgniarek w badaniach klinicznych.
Efekt? Zatrzymane badania kliniczne, przerwane terapie pacjentów, niekontrolowane działanie implantów. Słowem – poważne zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie.
Wolność akademicka tylko na papierze
Na szczególną uwagę zasługuje jednak nie sam fakt cięć, ale mechanizm, w jaki są one wprowadzane. Z listu wynika, że granty są anulowane wbrew opinii recenzentów naukowych, „by zaspokoić polityczne zachcianki” – jak napisali autorzy listu. Kierownictwo NIH zdaje się bardziej skupiać na realizowaniu hasła „Make America Healthy Again” niż na wspieraniu niezależnych badań. Brzmi niewinnie? W praktyce oznacza to, że o losie grantów decyduje nie jakość naukowa projektów, lecz zgodność z polityczną wizją.
Jak zauważa dr Jenna Norton, która odważyła się podpisać list własnym imieniem i nazwiskiem, „zmusza się nas do działań nie tylko nieetycznych, ale być może także nielegalnych”. Jeśli badaczka obawia się nie tylko o swoją karierę, ale również o konsekwencje prawne – to znak, że coś w funkcjonowaniu instytucji poszło bardzo źle.
Kiedy grant jest nagrodą lojalnościową
Dla nauki to sytuacja fundamentalnie niebezpieczna. Gdy polityka zaczyna dyktować kierunki badań, a grant staje się nagrodą za lojalność ideologiczną, nauka przestaje pełnić swoją rolę jako bezstronne źródło wiedzy i innowacji. To nie tylko zagrożenie dla pojedynczych badaczy – to uderzenie w cały system nauki jako takiej. Bez niezależności recenzji naukowej, bez przejrzystości i bez stabilnego finansowania opartego na merytorycznych przesłankach, badania zamieniają się w propagandę.
Niewidzialna ręka polityki
O ironio – oficjalni przedstawiciele Departamentu Zdrowia twierdzą, że działają właśnie w celu „usunięcia ideologicznych wpływów z procesu naukowego”. Tyle że jedyną ideologią, która wydaje się mieć dziś realny wpływ na granty, jest ta związana z konkretną agendą polityczną. I to nie w imię nauki, lecz pod hasłem efektywnego „zarządzania zasobami” – eufemizmu, który w praktyce oznacza brutalne cięcia w imię centralnie ustalanych priorytetów.
Deklaracja z Bethesdy – ostatni głos rozsądku?
Naukowcy nazwali swój protest „Deklaracją z Bethesdy”, odwołując się do słynnej „Deklaracji z Great Barrington”, której autorem był… sam Jay Bhattacharya. Ten symboliczny gest nieprzypadkowo sugeruje, że w walce o niezależność nauki, jedyną nadzieją pozostaje powrót do wartości, które sam Bhattacharya kiedyś głosił: pluralizmu, otwartości na debatę, oddzielenia polityki od nauki. Pytanie tylko, czy kierownictwo NIH faktycznie jeszcze w te wartości wierzy.
Konkluzja: finansowanie to władza
Niezależność nauki nie kończy się na możliwości swobodnego formułowania hipotez. To także – a może przede wszystkim – dostęp do finansowania na przejrzystych, merytorycznych zasadach. Gdy to politycy rozdają karty (i granty), a nie niezależni recenzenci, nauka traci grunt pod nogami. A wraz z nią – nasze zaufanie do wyników badań, nowych terapii i decyzji zdrowotnych. I to jest realne ryzyko, którego nie da się przecenić.

