W Internecie życie wygląda lepiej. Ludzie są tam piękniejsi, spokojniejsi i zdrowsi. Nikt się nie spóźnia, nie zjada obiadu nad zlewem, nie ma bałaganu w pokoju czy problemów z urzędem skarbowym. Wszyscy jedzą śniadania na tarasach zaraz po odbyciu porannej sesji jogi. Nie znajdziemy tam ani jednej osoby, która nie byłaby uśmiechnięta i wdzięczna – nie wiadomo tylko komu i za co. To jest rzeczywistość, w której pralka nigdy się nie psuję, a na śniadanie zawsze jest świeży chleb – prosto z piekarni. Nie resztki płatków śniadaniowych wyciągniętych z końca szafki.
Media społecznościowe to wręcz portal do innego świata. Takiego, który naśladuje czytane dzieciom bajki. Tylko, że w prawdziwym życiu nie do końca ma to pokrycie.
Media społecznościowe to wręcz portal do innego świata. Takiego, który naśladuje czytane dzieciom bajki. Tylko, że w prawdziwym życiu nie do końca ma to pokrycie. Powszechnie znany smok to tak naprawdę rachunki do zapłacenia, zamiast księcia – chłopak z siłowni, który na drugi dzień ci nie odpiszę. A zamiast morału – hasztag #blessed i ujęcie kawy z mlekiem o idealnej pianie, najlepiej tym owsianym.
Trailer jak z Netflixa
W social mediach każdy dzień to jak trailer z Netflixa – wszystko wygląda super, tylko nikt nie pokazuje, ile trwały zdjęcia i ile razy trzeba było poprawić włosy. Na Instagramie codzienność zamienia się w coś nie z tej ziemi. Ludzie pokazują poranki przy świecach, kąpiele z różowymi płatkami i smoothie z mango. Nawet deszcz jest tam estetyczny – krople spadają romantycznie po szybie, w tle jazz i my zawinięci w wełniany koc na kanapie.
Chociaż wiemy, że to wszystko jest pozowane, z użyciem filtrów czy wielokrotnie obrabiane to i tak wierzymy. W to, co pokazywane jest na kwadratowych zdjęciach mediów. Wchodzimy w ten świat jak w ciepłą kąpiel. Tylko, że potem wychodzimy i zderzamy się z rzeczywistością, która niestety nie jest już tak przyjemna. Jest zimna, nie zawsze wygodna i zdecydowanie mniej pastelowa. Taka w której bąbelki z piany zmieniają się w wyzwania zwyczajnego życia.
Maria Antonina w XXI wieku
Przykładem może być Nara Smith, popularna influencerka, która nawet lizaki robi sama w domu. Owszem jest cudowna, zjawiskowa i urocza. Ale gdy patrzysz, jak w bufiastej bluzce z epoki Marii Antoniny lepi ręcznie domowy makaron w kuchni godnej ważnego magazynu o urządzaniu wnętrz, to masz wrażenie, że nie jesteś w zwyczajnej kuchni. Przenosisz się od razu do alternatywnego wszechświata, gdzie makaron nie klei się do rąk, mąka zawsze trafia idealnie do miski a człowiek przy gotowaniu nie poci się jak w saunie. Kobieta wygląda jakby przyszła tam wyłącznie po to, żeby z czystego przypadku stworzyć coś pięknego.
(Nie) uporządkowany bałagan
Romantyzowaniu poddajemy niemal wszystko. Gotowanie, czytanie, spacer a nawet sen. Nagle nie wystarczy zjeść zupy – trzeba ją podać w chińskiej porcelanie wyciągniętej z kredensu, używanej tylko podczas wizyty angielskiej rodziny królewskiej. Nie może zabraknąć lnianego obrusa i symetrycznie ułożonych sztućców. Ludzie nie czytają już książek – oni celebrują literaturę. Koniecznie z kocem, herbatą i wpisem typu: „kocham wracać do klasyki”, oczywiście, że zawsze musi być to klasyka.
Podstawowym problemem w tym rozwiązaniu jest to, że im bardziej podkręcamy estetykę, tym mniej zostaje prawdy. Bo życie nie zawsze ma odpowiednie światło i odpowiednią jakość obrazu. Czasami jest za głośne, zbyt chaotyczne, trochę brudne. Nie zmieści się w ramkę.
Najgorsze jest to, że z czasem zaczynamy wierzyć, że to, co widzimy, to norma. Że wszyscy żyją lepiej, spokojniej, bardziej „świadomie”. Że jesteśmy jedynymi, którzy mają hałas w głowie, masę dokumentów do wypełnienia i zepsuty humor bez powodu.
Codzienne życie
Zaczynamy porównywać swoje „za kulisami” do cudzej „sceny głównej”. Każdy z nas ma dni, których nie pokazuje. Takie, kiedy nie chce się nikomu odpisywać, kiedy makijaż nie pomaga, kiedy kawa nie daję upragnionej dawki kofeiny. O tym się nie mówi, bo nie wygląda dobrze na zdjęciach.
Jasne, estetyka jest przyjemna. Wszyscy lubimy patrzeć na rzeczy ładne czy dopracowane. Ale jeśli zaczynamy się w tym gubić, jeśli zaczynamy żyć tylko pod publikę – coś nam ucieka. Autentyczność i niedoskonałość. To, co najcenniejsze, bo prawdziwe.
Najlepsze rzeczy zdarzają się przypadkiem. W kuchni z rozlanym mlekiem. W pociągu, w którym usiadł ktoś miły. W rozmowie, która zaczęła się od „jak się trzymasz?”. I to są te momenty, które warto zapamiętać – niekoniecznie sfotografować.
Jestem za tym, żeby zostawić trochę miejsca na bałagan. Ten dosłowny – w pokoju, bo przecież ktoś tam mieszka, a nie stoi wysprzątany i pusty. I ten drugi, którym jest nieidealność. Jeśli ktoś jest fanem bufiastych rękawów, to super. Niech tylko pamięta, że często w prawdziwym życiu kończą one w zupie.

