Ameryka Płn.

Salwador: przykład kolejnej dyktatury w historii?

W Salwadorze przez kilka dekad rząd i prezydent odgrywali marginalną rolę – w praktyce kraj był rządzony przez dwie bardzo silne grupy przestępcze: Barrio 18 i Mara Salvatrucha. Gangi podzieliły kraj na dwie strefy wpływów; nawet otwierały własne punkty kontrolne i sprawdzały, kto może przechodzić przez dany teren. Ludzie mieszkający na granicy stref wpływów nie mogli odwiedzać swoich rodzin. Codzienne życie w miastach Salwadoru nie różniło się niczym od życia w miastach na Sycylii w okresie rozkwitu przestępczości zorganizowanej na południu Włoch. Przerażeni groźbą śmierci ludzie płacili haracze z ciężko wypracowanego utargu, bogatsi wraz z ich rodzinami byli porywani dla okupu, a ci, którzy mieli choćby mały zatarg z półświatkiem, byli mordowani w biały dzień na oczach przechodniów. Wszystko to zarówno w Salwadorze, jak i na Sycylii działo się z prostego powodu – grupy przestępcze były na tyle silne i wpływowe, że było je stać na opłacenie lub zastraszenie zdecydowanej większości stróży bezpieczeństwa publicznego, takich jak policjanci, prokuratorzy, sędziowie czy politycy. Nawet najuczciwszy i najbardziej honorowy człowiek na takim stanowisku nie podejmie ryzyka, gdy stanie przed wyborem: albo będziesz nas chronić i nie będziesz nam przeszkadzać (a my zapłacimy ci miesięcznie kilkakrotność twojej pensji) lub nie będziesz tego robić, a wymordujemy twoją najbliższą rodzinę.

Dwie największe partie w Salwadorze były na tyle skorumpowane, że przez lata żaden rząd nie zrobił nic konkretnego w kierunku zażegnania sytuacji w kraju. W pewnym momencie niepokoje społeczne były na tyle silne, że w 2012 roku rządzący spróbowali usiąść do stołu negocjacyjnego z przedstawicielami obu gangów. W zamian za łagodniejsze warunki w więzieniach dla dotychczas złapanych gangsterów oraz wsparcie finansowe gangi obiecały ograniczyć przemoc. Przez chwilę wydawało się, że rozmowy przyniosły efekt – liczba morderstw spadła o połowę. Mimo tego społeczeństwo Salwadoru było oburzone, ponieważ rząd płacił przestępcom, zamiast z nimi walczyć. To tylko pokazuje, jak silny był wtedy półświatek, a jak bezradna i upokorzona – władza.

Niestety rozejm upadł, a w 2015 roku Salwador odnotował najwyższy wskaźnik zabójstw na świecie – wynoszący 105 morderstw na 100 tysięcy mieszkańców. To większa wartość niż w krajach objętych działaniami wojennymi. Dla porównania w Polsce w tym samym czasie wskaźnik ten wynosił 1 morderstwo na 100 tysięcy mieszkańców. W ówczesnych realiach Salwadoru, wśród 6 milionowej populacji kraju, na ulicach codziennie ginęło średnio 18 osób. Zwyczajne życie w miastach Salwadoru przypominało realia państwa ogarniętego wojną – ludzie bali się wychodzić na ulice, a każdy mógł zginąć, tylko dlatego że przez przypadek znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.

Gdy można było odnieść wrażenie, że żaden rząd nie poradzi sobie z sytuacją w kraju, podczas kolejnej kampanii prezydenckiej pojawił się Nayib Bukele. Kandydat, który jako główny swój postulat programowy przedstawił walkę z przestępczością zorganizowaną za wszelką cenę. Był wiarygodny w porównaniu do wcześniej rządzących – nie wywodził się z żadnego środowiska politycznego oraz nie bał się publicznie głosić swoich poglądów. Społeczeństwo Salwadoru było już na tyle zdesperowane, że ten jeden postulat Bukelego wystarczył, by wygrał on wybory prezydenckie już w pierwszej turze, zdobywając 53% głosów, bez wsparcia partii, struktur politycznych czy zaprzyjaźnionych mediów. Był na tyle odważny i zdeterminowany, że tuż po inauguracji złożył przyrzeczenie dotyczące tego, jaki los spotka tych, którzy od lat sprawowali nieformalną władzę w kraju: „Będą spać na podłogach, bez materaca, w przepełnionych celach i dwoma posiłkami dziennie” .

Z początku Bukele starał się działać bardziej konwencjonalnymi metodami, ale te nie przynosiły większych rezultatów. Obywatele Salwadoru z czasem powątpiewali w realizację obietnic nowego prezydenta, a gangi zaczęły pokazywać swoją dominację i chełpić się bezkarnością. Gdy w ciągu zaledwie 3 dni zamordowali 87 całkowicie przypadkowych i niewinnych osób tylko po to, żeby zademonstrować swoją siłę, miarka się przebrała. Prezydent Bukele miał gotową odpowiedź.

Rozpoczęła się największa operacja antyprzestępcza w historii świata. Bukele wprowadził stan wyjątkowy, który całkowicie zmienił system prawny w kraju. Od tego momentu wystarczyły podejrzenia policji i wojska lub wskazanie kogoś, że dana osoba może mieć powiązania z gangiem, by bez jakiegokolwiek sądu trafić do więzienia na dożywocie. Tak – bez żadnego procesu, bez prawa do obrony i bez wyroku sądowego. Na ulice miast wyprowadzono wojsko uzbrojone jak na wojnę, które wraz z policją miało pełną swobodę w działaniu. Służby te mogły natychmiast zamknąć do więzienia każdego, wobec kogo będą mieli podejrzenia czy wątpliwości. W ciągu 16 miesięcy aresztowano ponad 70 tysięcy ludzi, czyli 2% dorosłej populacji kraju. Miasta Salwadoru zaczęły przypominać okupowane strefy konfliktu wojennego, gdzie każdą ulicę patrolowało uzbrojone po zęby wojsko. Stopniowo spacyfikowano poszczególne dzielnice, a żołnierze przy pomocy policji przejmowali kontrolę nad miastami. Liczba aresztowanych zaczęła rosnąć tak gwałtownie, że zaczęło brakować dla nich miejsc w więzieniach. Prezydent Bukele miał jednak proste rozwiązanie – nakazał budowę nowego, specjalnie przystosowanego więzienia CECOT. Oficjalnie zostało ono najlepiej strzeżonym więzieniem na świecie, prześcigając nawet takie obiekty jak Alcatraz. Nowe więzienie zbudowano z ogromnych betonowych murów oraz odgrodzono drutami kolczastymi. Wewnątrz nie ma możliwości korzystania z telefonów komórkowych – sygnał telefoniczny jest zablokowany, ponieważ więzienie zaprojektowano z myślą o całkowitej izolacji od świata zewnętrznego i kontroli nad więźniami. Mimo że cele są ogromne, to swoim umeblowaniem przypominają raczej karcer. W każdym pomieszczeniu zamyka się od 80 do 150 więźniów. Jedyne wyposażenie celi stanowią: metalowe prycze zamiast łóżek, wspólne wiadro pełniące funkcję toalety oraz jedna wielka niebieska beczka stanowiąca źródło wody pitnej dla wszystkich osadzonych. W celach nie ma bieżącej wody, są one również pozbawione instalacji elektrycznej i światła dziennego, by więźniowie nie mogli ocenić nawet pory dnia. W obiekcie więziennym nie ma możliwości widzeń ani spacerów, a więźniowie opuszczają cele bardzo rzadko. Jeśli muszą wyjść z celi, są eskortowani, zakuci w łańcuchy na stopach i rękach.

Więzienie oficjalnie nazywa się Centrum Odosobnienia Terroryzmu i szybko zostało przedmiotem głośnej dyskusji wśród organizacji międzynarodowych i największych stacji telewizyjnych poza granicami kraju. Organizacje praw człowieka czy liberalno-lewicowi politycy podkreślają niehumanitarne warunki panujące w więzieniu oraz fakt, że w Salwadorze przestało działać jakiekolwiek prawo. Trudno dziwić się tym zarzutom – do najbrutalniejszego więzienia świata można trafić na dożywocie bez żadnego procesu na podstawie oskarżeń sąsiada. Gdyby tego było mało, swoimi drastycznymi działaniami Bukele dwukrotnie złamał zapisy konstytucji: zezwolił na bezprawie podczas wprowadzonego stanu wyjątkowego oraz zapewnił sobie możliwość kandydowania w kolejnych wyborach prezydenckich. Wszelkie zarzuty o anarchię czy dyktaturę Bukele odpiera dwoma głównymi argumentami. Po pierwsze, jak twierdzi prezydent, z najniebezpieczniejszego kraju na świecie Salwador stał się krajem o procencie przestępczości porównywalnym do Kanady. Ruch turystyczny jest teraz na porządku dziennym, a do kraju zaczęły przyjeżdżać wycieczki z całego świata. Drugim jego argumentem jest fakt, że w każdym badaniu opinii publicznej jego poparcie waha się w granicach 80%. Jest to wiarygodne – podczas zeszłorocznych wyborów prezydenckich zdobył 84% głosów. Trudno znaleźć drugi kraj na świecie, w którym prezydent czy rząd cieszyliby się tak dużym poparciem.

Lewa strona sceny politycznej zarzuca prezydentowi Salwadoru, że łamie on prawa człowieka, wprowadza samowolkę i stał się dyktatorem, którego nie obchodzi pisane prawo oraz który nie odda raz zdobytej władzy. Prawica odpiera zarzuty, twierdząc, że do tej pory tylko takie działania podołały rozwiązaniu problemu, a Salwador w końcu stał się bezpiecznym krajem, w którym spokojnie można wyjść na ulice i prowadzić działalność bez obaw o własne życie. Obie grupy są mocno podzielone w ocenie, ale obie grupy mają rację.

Salwador nie jest obecnie państwem demokracji liberalnej, ciężko nawet powiedzieć, że jest państwem prawa. Nie da się zaprzeczyć, że kraj ten zrobił ogromy przeskok – z najniebezpieczniejszego kraju na świecie stał się jednym z najbezpieczniejszych. Faktem jest również to, że po eliminacji mafii (chodzi zarówno o zamknięcie większości członków gangów, jak i o całkowitą likwidację struktur w obrębie kraju) duża część społeczeństwa stała się bezrobotna. Grupy przestępcze oferowały nielegalne źródła dochodu tysiącom młodych Salwadorczyków, o których nie chciał się zatroszczyć system. Wcześniejsze, liberalne rządy Salwadoru były całkowicie bezradne w obliczu długotrwałego kryzysu, tak samo jak od stu lat żadna władza we Włoszech – poza Mussolinim – nie mogła pozbyć się wpływów mafii. Warto wiedzieć z historii, że dopiero w momencie gdy Duce oraz jego twarda faszystowska ręka odeszli, pojawiła się demokracja liberalna. A stało się to przy pomocy ukrywającej się dotychczas mafii, która rozkwitła ponownie po zakończeniu wojny. Podobnie jest w przypadku państw bloku wschodniego – dzisiaj Rosja ma najliczniejszą przestępczość zorganizowaną, mimo że za czasów jakiegokolwiek pierwszego sekretarza nie mogło być mowy o żadnych nielegalnych strukturach wewnątrz kraju. Tak samo było w przypadku Polski. Pojawienie się słynnych Pruszkowa i Wołomina, bomby wybuchające w Warszawie, grupy mokotowskie czy tzw. Mutantów, którzy byli na tyle zuchwali, że przez całą noc wymieniali ogień z antyterrorystami – wszystkie te wydarzenia miały miejsce na początku III RP, podczas transformacji naszego kraju w demokrację liberalną. Różne historie na świecie pokazują, że mafia czy silne grupy przestępcze pojawiały się zawsze w krajach demokratycznych, które były zbyt konwencjonalne i miękkie w działaniu, przez co również bezradne. Obecna sytuacja w Salwadorze podzieliła opinię publiczną na całym świecie i, jak zdążyłem nakreślić wcześniej, obie strony mają rację. Pozostaje jedynie pytanie, na ile w polityce mogą być praktykowane przysłowia: „tonący brzytwy się chwyta” czy „cel uświęca środki”.

Tekst pierwotnie opublikowany na profilu PoliticsNow. Opublikowany na prośbę autora.
Korekta: Aleksandra Rosiak

Shares:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *