Felieton

Wolność słowa znika powoli, przy oklaskach połowy społeczeństwa

Wyobraźmy sobie Polskę w alternatywnej rzeczywistości. Rząd wydaje dekret: zakazuje oglądania TV Republika, wSieci, portalu wPolityce, Niezależnej i całej prawicowej blogosfery. Przestaje działać kanał na YouTube prowadzony przez redaktora Gmyza, a transmisje z Marszu Niepodległości znikają z internetu szybciej niż wpisy o złych decyzjach kadrowych w PZPN.

Władza tłumaczy: chodzi o „ekstremizm medialny”. W praktyce – oznacza to, że kto wpisze w Google frazę „antykomunizm” lub „zbrodnie stalinowskie” i kliknie w zakazany link – naraża się na grzywnę. A jeśli zrobi to drugi raz – może być objęty „systemem nadzoru informacyjnego” i uznany za osobę wymagającą „specjalnego monitoringu społecznego”. Oficjalnie nie chodzi o karanie. Nieoficjalnie: wystarczy, że raz klikniesz nie w tę stronę i zostajesz „oznaczony”.

Część Polaków wychodzi na ulice. Krzyczą o wolności słowa, cenzurze, Orwellowej rzeczywistości. Ale reszta? Zaskakująco milczy. Bo przecież „nic się nie dzieje”, bo przecież „jak ktoś nie ma nic na sumieniu, to nie musi się bać”. Albo, co gorsza, „przecież TV Republika to była tylko propaganda, nieprawda?”. I tak nowy porządek informacyjny wchodzi w życie bez jednego wystrzału.

Teraz inna wersja. Rok 2026. Rząd PiS po przejęciu władzy ogłasza, że TVN przestaje nadawać. Licencja cofnięta. Gazeta Wyborcza? „Zbyt radykalna, zagraża bezpieczeństwu informacyjnemu państwa”. Profil OKO.press blokowany na Facebooku, archiwum „Polityki” znika z wyszukiwarek. Ludzie krzyczą: zamach na demokrację! Ale inni mówią: „Wreszcie koniec z tymi kłamstwami i nienawiścią do Polski”.

Reakcje? Po obu stronach sceny politycznej byłyby zaskakująco podobne. Ci, których to dotyczy – protestują. Ci, którym to wygodne – milczą albo przyklaskują. Władza tylko się uśmiecha: „my nikogo nie prześladujemy, tylko chronimy przed dezinformacją”. Tak rodzi się nowa forma kontroli – nie przez więzienia, ale przez kliknięcia. Nie przez pałki, ale przez algorytmy i przeglądarki.

Iwan Kołpakow, redaktor naczelny rosyjskiej „Meduzy” (rosyjski niezależny portal informacyjny, założony w Rydze w 2014 r., publikujący materiały po rosyjsku i angielsku, zaliczany do największych niezależnych rosyjskich mediów cyfrowych – przyp. red.), mówi wprost: „Wszystko wskazuje na to, że czeka nas prawdziwa cyfrowa żelazna kurtyna”. W Rosji właśnie trwa proces, w którym samo czytanie niezależnych źródeł będzie czynem karalnym. Nie publikowanie. Nie rozpowszechnianie. Wystarczy szukać. Kara może nie będzie wysoka – ot, 5 tysięcy rubli. Ale cel nie leży w mandatach. Celem jest stworzenie listy. Kto szuka – ten myśli. A kto myśli – ten może być zagrożeniem.

W Polsce to jeszcze tylko eksperyment myślowy. Ale warto go przetestować. Nie po to, by się przestraszyć. Ale po to, by zrozumieć, że wolność słowa nie ginie nagle. Ona znika powoli, wśród oklasków, usprawiedliwień i fałszywego poczucia bezpieczeństwa.

W Rosji to dzieje się naprawdę.

Shares:

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *