Kiedy oglądamy współczesne debaty polityczne, serwisy informacyjne czy starcia kandydatów w mediach społecznościowych, możemy odnieść wrażenie, że tradycyjne zasady logiki przestały obowiązywać. Politycy potrafią rzucać oskarżenia bez żadnych dowodów, zaprzeczać twardym danym naukowym, a przyłapani na jawnym kłamstwie, po prostu iść zaparte lub oskarżyć drugą stronę o cenzurę. Co najbardziej zdumiewa, ich zwolennikom to nie przeszkadza, a słupki poparcia zamiast spadać, często rosną. Zjawisko to w politologii i socjologii mediów nosi nazwę polityki postprawdy. To bez wątpienia jeden z najbardziej dominujących i niebezpiecznych trendów współczesnego świata, który zdemolował klasyczne rozumienie demokracji i zmienił rywalizację o władzę w bezwzględny teatr emocji.
Gdy prawda staje się drugorzędna
Najprościej rzecz ujmując, polityka postprawdy to model prowadzenia debaty publicznej, w którym obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii społecznej niż odwoływanie się do emocji, osobistych przekonań i lęków wyborców. Pojęcie to zyskało globalną sławę w 2016 roku, kiedy Oxford Dictionaries uznało słowo post-truth za słowo roku po referendum w sprawie Brexitu i wyborach prezydenckich w USA. W tym systemie prawda nie jest celowo ukrywana (jak w klasycznej cenzurze), ona staje się po prostu nieistotna i drugorzędna z punktu widzenia politycznej skuteczności.
Anatomia kłamstwa. Jak działają „alternatywne fakty”?
Mechanizm postprawdy opiera się na genialnym w swojej prostocie założeniu: łatwiej jest sprawić, by ludzie coś poczuli, niż by coś zrozumieli. Współczesny populizm nie potrzebuje skomplikowanych programów gospodarczych ani nudnych analiz eksperckich. Zamiast tego politycy tworzą proste, czarno-białe opowieści, w których zawsze występuje jasny podział na „dobrych nas” i „złych ich” (np. skorumpowane elity, obcy, inne państwa). Jeśli obiektywne dane makroekonomiczne czy klimatyczne nie pasują do tej opowieści, są one odrzucane jako „zmanipulowane” lub nazywane „alternatywnymi faktami”. Liczy się tylko to, aby komunikat rezonował z głęboko skrywanym lękiem lub gniewem danej grupy społecznej.
Rola algorytmów w zabijaniu prawdy
Polityka postprawdy nie osiągnęłaby takiej skali bez technologii, a zwłaszcza bez opisanych wcześniej baniek informacyjnych i mechanizmów ekonomii uwagi. Media społecznościowe są idealnym inkubatorem dla postprawdy. Algorytmy platform nie są zaprogramowane do sprawdzania, czy dany post jest prawdziwy, ich zadaniem jest promowanie treści, które budzą największe oburzenie i zaangażowanie. W efekcie kłamstwo, fake news czy teoria spiskowa rozchodzą się w sieci kilkukrotnie szybciej niż nudne, merytoryczne sprostowanie. Kampanie wyborcze przeniosły się do cyfrowych laboratoriów, gdzie za pomocą mikrotargetowania wysyła się zupełnie inne, często sprzeczne komunikaty do różnych grup wyborców.
Skutki dla demokracji
Konsekwencje tego zjawiska dla życia społecznego są dewastujące i prowadzą do głębokiej polaryzacji. Kiedy obywatele przestają zgadzać się co do podstawowych, fundamentalnych faktów (np. czy wybory były uczciwe, czy szczepionki działają, czy zmiany klimatyczne istnieją), jakikolwiek dialog staje się niemożliwy. Społeczeństwo pęka na dwa lub więcej wrogich obozów, z których każdy żyje w swojej własnej rzeczywistości informacyjnej. Taki stan rzeczy paraliżuje państwo. Niemożliwe staje się przeprowadzenie jakichkolwiek długoterminowych reform, ponieważ każda decyzja władzy jest z góry uznawana przez drugą stronę za spisek i atak na ich tożsamość.
Jak ocalić debatę publiczną w erze postprawdy?
Odzyskanie szacunku dla faktów w przestrzeni politycznej to największe wyzwanie stojące przed współczesnymi demokracjami. Wymaga to działań na trzech poziomach. Po pierwsze, instytucjonalnego wsparcia dla niezależnego dziennikarstwa śledczego i organizacji typu fact-checking (weryfikujących wypowiedzi polityków). Po drugie, surowych regulacji prawnych wymierzonych w cyfrowych gigantów i farmy trolli szerzące dezinformację. Najważniejsza bitwa toczy się jednak w naszych głowach. Jako wyborcy musimy nauczyć się nagradzać polityków za merytorykę, a karać za tanie emocje. Dopóty będziemy głosować na tych, którzy mówią to, co chcemy usłyszeć, zamiast na tych, którzy mówią jak jest, dopóki postprawda będzie najważniejszą walutą w walce o władzę.
