Stany Zjednoczone mają bogate doświadczenie w prowadzeniu polityki zagranicznej. Wartym przywołania w kontekście opisywanego zagadnienia jest chociażby tzw. ,,manewr Kissingera”, czyli odwrócenie stanowiska ChRL względem ZSRR i uczynienie z Chin Ludowych partnera USA. Budowane przez lata wpływy pokazują, że amerykańscy stratedzy muszą opracowywać koncepcje działania Waszyngtonu w stosunkach międzynarodowych, odpowiadające nowym sytuacjom, ponieważ jak powszechnie wiadomo, w polityce nic nie jest stałe.
Jedną z wielu strategii polityki zagranicznej jest także tzw. ,,strategiczna dwuznaczność”. Jest ona głównie praktykowana względem Tajwanu i Chińskiej Republiki Ludowej. Choć niektórzy – między innymi Joseph S. Nye Jr. (emerytowany prof. Harvard Kennedy School, były asystent sekretarza obrony USA) mówi, że sytuację tę lepiej opisywałby termin ,,podwójnego odstraszania”.
Owa strategia polega na jednoczesnym balansowaniu między Pekinem, a Tajpej. W uproszczeniu chodzi o to, że USA chce odstraszyć Chiny Ludowe od inwazji na Tajwan, ale nie może dać formalnych gwarancji obrony wyspy, ponieważ mogłoby to zachęcić rząd tajwański do ogłoszenia niepodległości, co może sprowokować Chiny. Należy wspierać Tajwan, ale w odpowiednich ramach, żeby jego działania były po części zależne od USA.
Joe Biden publicznie obiecywał bronić Tajwanu w razie wybuchu wojny. Jest to jednak oświadczenie polityczne, a nie formalne zobowiązania prawne. Widzimy więc, że z jednej strony USA dostarcza sprzęt wojskowy na Tajwan, ale nadal nie uznaje go jako państwa (przynajmniej formalnie). Wystąpienia prezydenta USA mają na celu utrzymanie status quo jak najdłużej jest to możliwe.
W 1979r. przyjęto ustawę Taiwan Relations Act (TRA), która mówi o współpracy z wyspą jako z de facto niezależnym krajem, lecz nadal nie potwierdzono niezależności Tajpej od ChRL. Jest to jednak kluczowy dokument, na którego podstawie dostarczane jest uzbrojenie potrzebne do obrony.
Polityka strategicznej dwuznaczności działała od lat 70. XX wieku, ale ogromny rozwój Chin i położenie większego nacisku na kwestię Tajwanu przez Xi Jinping’a tworzy nową sytuację, gdzie dominacja USA zmniejsza się z każdą chwilą. Już teraz ChRL ma większą marynarkę i lotnictwo od USA, jednak wątpliwa jest jakość tych wojsk. Nie były one nigdzie testowane, natomiast o Amerykanach przyjęło się mówić, że są cały czas na wojnie. Ich wojska są testowane w realnych operacjach. Pojawiają się głosy, aby dać Tajwanowi gwarancje traktatowe obrony w razie wojny, lecz istnieje ryzyko, że tajwańscy decydenci ograniczą wydatki na zbrojenia, inwestując środki w gospodarkę. Pojawiłby się wówczas problem, jaki istnieje w NATO. Twarde gwarancje traktatowe ograniczają bowiem pole manewru USA, a sojusznicy mogą ograniczać wydatki zbrojeniowe, uzasadniając je obecnością Amerykanów.
Sprawa Tajwanu jest nadal trudna do przewidzenia. Z pewnością dużo zależy od zbliżających się wyborów prezydenckich. Donald Trump oskarżał bowiem Tajwan o kradzież amerykańskiej technologii półprzewodników oraz domagał się płacenia za ochronę wyspy. Rok temu deklarował, że nie będzie bronić Tajwanu w wypadku inwazji Chin. Należy jednak zaznaczyć, że polityka Donalda Trumpa cechuje się nieprzewidywalnością. Zajęcie Tajwanu przez Chiny niewątpliwie byłoby porażką Stanów Zjednoczonych, ponieważ podważyłoby to ich wiarygodność i stworzyło nowy układ sił w Azji i na Pacyfiku. Zmieniłoby także kalkulacje strategiczne sojuszników USA (Japonia, Korea Płd., Filipiny itd.). Ponadto, Elbridge Colby (asystent sekretarza obrony USA za pierwszej kadencji Trumpa) jest zdania, że Waszyngton powinien w pełni się skupić na kierunku Indo-Pacyfiku, ponieważ nie ma dość siły na obronę innych części świata, jednocześnie walcząc z Chinami tysiące kilometrów od swego właściwego terytorium.
Gdyby jednak wygrali demokraci, obecna polityka zapewne zostałaby utrzymana.

