Kiedy w przestrzeni publicznej słyszymy pojęcie „transportu zbiorowego”, jedni mogą pomyśleć o zatłoczonym autobusie miejskim, inni z kolei wyobrażą sobie pędzący pociąg. Niestety, coraz większa część społeczeństwa w Polsce kojarzy transport zbiorowy z codziennym koszmarem – trudnościami lub wręcz niemożnością dotarcia do pracy, szkoły czy innych miejsc. Jeszcze dwadzieścia lat temu niemal do każdej miejscowości w Polsce można było dojechać transportem zbiorowym – czasem z kilkoma przesiadkami – ale było to możliwe. Dziś, z powodu likwidacji wielu połączeń, istnieją miejsca zupełnie niedostępne dla osób nieposiadających samochodu. W latach 2000. aż 40% wszystkich podróży odbywało się transportem zbiorowym. Dziś liczba ta zmniejszyła się o połowę. Jak do tego doszło? Jakie są główne problemy komunikacji zbiorowej w Polsce i jaki realny wpływ ma to na mieszkańców?
Przyczyn systematycznego spadku liczby połączeń jest wiele, a wszystkie wzajemnie się zazębiają, co sprawia, że rozwiązanie jednego problemu utrudnia kolejny. Pierwsza fala likwidacji połączeń na szeroką skalę rozpoczęła się wraz z transformacją ustrojową. Zamknięto wiele tras kolejowych, ale najbardziej ucierpiały połączenia autobusowe, zwłaszcza te obsługiwane przez PKS-y, które w 1990 roku podzielono na 176 przedsiębiorstw. Te nie przetrwały procesów prywatyzacyjnych ani nieudolnej organizacji. Był to ogromny cios dla podróżnych, ponieważ zaledwie pięć lat wcześniej PKS-y przewoziły rekordową liczbę dwóch milionów pasażerów rocznie. Szczególnie dotknęło to mieszkańców prowincji, którzy zostali pozbawieni możliwości dojazdu do szkoły, pracy czy lekarza. Ciężar organizacji transportu zbiorowego nie został odpowiednio udźwignięty.
Na sytuację wpłynęły również kwestie finansowe lat 90. Budżety samorządów były niewystarczające, co prowadziło do kolejnych, zwykle niekorzystnych zmian. W 1998 roku wprowadzono dotacje na stosowanie ulg, które jednak nie pokrywały nawet różnicy między biletami ulgowymi a normalnymi. Reforma oświaty, która wprowadziła gimnazja, spowodowała, że gminy zaczęły organizować transport jedynie dla uczniów, co w dłuższej perspektywie okazało się złym rozwiązaniem. Lokalni przewoźnicy, tracąc znaczną część pasażerów, zaczęli wycofywać swoje usługi, zostawiając mieszkańców bez dostępu do transportu zbiorowego. W wielu przypadkach luki te próbowały wypełnić prywatne firmy transportowe. Początkowo wydawały się one lekarstwem na problem, jednak szybko okazało się, że to niewystarczające rozwiązanie.
W 2003 roku wprowadzono istotne reformy w transporcie kolejowym, a rok później Polska przystąpiła do Unii Europejskiej, co umożliwiło uzyskanie funduszy na rozwój infrastruktury transportowej. Niestety, często brakowało już możliwości przywrócenia zamkniętych tras kolejowych, które wymagałyby gruntownych remontów. W międzyczasie ludzie, przyzwyczajeni do regresu w komunikacji publicznej, masowo zaczęli zdawać prawo jazdy i kupować samochody. W latach 90. nastąpił szybki wzrost liczby samochodów – z 5 milionów w 1990 roku do 7,5 miliona w 1995 roku. Powszechny dostęp do samochodów i trudności z transportem zbiorowym stworzyły błędne koło: ludzie zmuszeni do korzystania z aut, coraz mniej zależni od transportu zbiorowego, nie wywierali presji na poprawę sytuacji. Państwo, zamiast rozwiązać problem, postawiło na rozwój infrastruktury drogowej, zwiększając komfort korzystania z samochodów. Dziś Polska znajduje się na drugim miejscu w UE pod względem liczby samochodów w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Kiedyś wysoki wskaźnik posiadania aut był oznaką zamożności, teraz świadczy bardziej o braku alternatyw.
W tym kontekście pojawiły się także kwestie społeczne i psychologiczne. Polacy przywiązali się do samochodów, głównie z przymusu, ponieważ jazda własnym autem często jest wygodniejsza i szybsza niż korzystanie z transportu zbiorowego. Kolej staje się konkurencyjna wobec samochodów osobowych tylko wtedy, gdy jest o jedną trzecią szybsza – dlatego wybieramy PKP głównie na dłuższe dystanse.
Słabo rozwinięty transport zbiorowy wiąże się również z dużymi kosztami – nie tylko dla pojedynczych osób, ale i dla całego społeczeństwa. Na te koszty składają się utrata i niszczenie infrastruktury, wypadki, hałas oraz zanieczyszczenie środowiska. Samochody osobowe generują około osiem razy więcej emisji CO2 niż elektryczne autobusy, zajmują cenną przestrzeń miejską i powodują inne problemy. Skoro więc generują tak duże koszty, dlaczego nie rozwiązano problemów transportu zbiorowego? Eksperci wskazują na nieumiejętne zarządzanie środkami oraz brak spójnych działań w tej dziedzinie.
Na zakończenie warto zwrócić uwagę na realne skutki źle zorganizowanego transportu zbiorowego, które odczuwają obywatele. Około 10 tysięcy miejscowości w Polsce jest pozbawionych jakiejkolwiek komunikacji zbiorowej, a według danych UNICEF, około 15 milionów (!) Polaków doświadcza wykluczenia transportowego. Praktycznie oznacza to ograniczony dostęp do opieki zdrowotnej, edukacji, miejsc pracy, a także rozrywki i spotkań z bliskimi. Wykluczenie transportowe jest ściśle związane z wykluczeniem społecznym. Seniorzy często zdani są na pomoc rodziny lub sąsiadów, a dzieci nie mogą uczestniczyć w dodatkowych zajęciach czy rozwijać swoich pasji, bo nie mają jak wrócić do domu. W wielu miejscowościach ludzie są „uwięzieni”, zależni od prywatnych przewoźników, których usługi nie zawsze są punktualne i rzetelne, a często też bardzo drogie.
Transport zbiorowy boryka się z wieloma problemami: brakiem zintegrowanego systemu informacji pasażerskiej, organizacją połączeń oraz faktem, że w okresie wakacyjnym wygasa 46% połączeń. Mimo to warto zauważyć, że problem ten zaczyna być dostrzegany w debacie publicznej. Choć organizacja dobrze funkcjonującego transportu w rozproszonych miejscowościach jest wyzwaniem, jest on kluczowy dla poprawy jakości życia mieszkańców.

