Kiedy Donald Trump po raz kolejny ogłosił, że „tylko on potrafi robić interesy”, świat tech-biznesu zadrżał… z ekscytacji. Bo przecież to prezydent jak z ich marzeń: medialny, bezpośredni, z „wizją” (czytaj: z Twitterem jako głównym kanałem komunikacji). Musk przytakiwał, Zuckerberg milczał z aprobatą, a Bezos – choć prywatnie na noże z Trumpem – z rynkowego obowiązku trzymał fason. Amerykański sen miał się przecież spełniać na ich oczach.
A potem przyszła wojna celna z Chinami.
Trump obwieścił ją z entuzjazmem godnym reklamy telezakupów: „To będzie świetne! Wyrównamy szanse! Zrobimy deal dekady!” — krzyczał z podium, podczas gdy ekonomiści przewracali oczami, a Wall Street zaczęło drgać jak giełda w kryzysie. I rzeczywiście — deal to był, tyle że dla chińskich analityków giełdowych, którzy mogli tylko z uśmiechem patrzeć, jak akcje Amazonu, Tesli i Mete… przepraszam, Meta Platforms, spadają jak morale w Twitterze po przejęciu przez Muska.
Musk: rakiety do nieba, akcje na dno
Elon Musk, samozwańczy Iron Man współczesności, znalazł się w sytuacji nieco mniej futurystycznej, a bardziej księgowej. Cła na chińskie komponenty uderzyły w Teslę z siłą, której nie powstydziłby się żaden autopilot w trybie buntu. Gigafabryka w Szanghaju nagle przestała być błogosławieństwem globalizacji, a zaczęła przypominać balast. Owszem, Musk walczył z inflacją i kosztami produkcji – ale wojna celna Trumpa dołożyła mu rachunki, których nie da się opłacić Dogecoinem.
Zuckerberg: z metaversum do metafaktu
Mark Zuckerberg tymczasem siedział sobie cicho, próbując reanimować upadłe imperium społecznościowe za pomocą awatarów bez nóg. Ale kiedy Trump ogłosił kolejną falę ceł, uderzających także w elektronikę konsumencką – Meta poczuła to na własnej skórze. Importowane serwery, sprzęt VR, smart okulary i inne cuda przyszłości zaczęły kosztować więcej niż zasięg organiczny na Instagramie. Co więcej – Chiny odpowiedziały własnymi restrykcjami, ograniczając dostęp do rynku reklamowego. A wiadomo, że bez danych o chińskich użytkownikach Zuckerberg czuje się jak bez wi-fi.
Bezos: globalny król na lokalnym kartonie
Jeff Bezos, jeszcze niedawno najbogatszy człowiek na świecie, obecnie ogląda swoją fortunę z perspektywy spadających kursów i rosnących kosztów logistyki. Amazon, zbudowany na idei szybkiego i taniego dostępu do wszystkiego z każdego zakątka globu, nie znosi barier celnych. Wzrost kosztów importu elektroniki, tekstyliów, gadżetów „Made in China”? Bezpośredni strzał w model biznesowy. Na ironię zakrawa fakt, że polityka „America First” najbardziej szkodzi… amerykańskim firmom.
Lekcja z Trumponomiki
Czym więc jest „sztuka dealu” w wydaniu Trumpa? To taki rodzaj negocjacji, w którym twój przeciwnik mówi: „no dobrze, zróbmy jak chcesz”, ale potem wprowadza własne cła, kontrcła i jeszcze uruchamia śledztwo przeciwko twoim firmom. I tak, miliarderzy, którzy liczyli na korzystne układy z prezydentem, dziś liczą straty. Miliony dolarów dziennie parują z ich portfeli szybciej niż klikalność artykułów o Threads.
I to wszystko nie przez socjalizm, podatki, regulacje czy „deep state”. Nie. Przez gościa, któremu kibicowali. Przez prezydenta, który mówił, że zna się na interesach, bo napisał książkę o ich robieniu — choć nie napisał jej sam, a jego firmy bankrutowały częściej niż aplikacje randkowe po pandemii.
Morał?
Jeśli jesteś miliarderem z Doliny Krzemowej i liczysz, że populista przy władzy będzie sprzyjał twoim interesom… to może warto jednak zainwestować w kurs historii gospodarczej. Bo kiedy Trump mówi: „Zaufajcie mi, wiem co robię”, Wall Street powinna założyć kask.

