FelietonKomentarz

Wirtualna wojna zamiast tradycyjnej kampanii

Czułem, że zbliżamy się do momentu, w którym kampania prezydencka nie będzie już przypominać klasowego spotkania czy wiejskiego wiecu, lecz przerodzi się w swoisty konflikt w sieci. Podczas gdy w 2015 czy 2020 roku liczyły się plakaty, wiece i dyskusje na ławkach pod blokiem, wybory 2025 wykraczały daleko poza te ramy. Nie była to już kolejna odsłona polskiej telenoweli politycznej, ale złożona operacja informacyjna, w której każdy ruch i słowo miały za zadanie wywołać określone odczucia i reakcje. Ci, którzy sądzili, że wystarczy przekonać ludzi do siebie argumentami, szybko przekonali się, że rzeczywistość zmieniła reguły gry.

Atak na percepcję wyborców

W tradycyjnej kampanii chodzono od domu do domu, rozdawano ulotki, mówiono o programie. Tymczasem w 2025 roku głównym celem stało się nie tyle przekonanie wyborcy, ile narzucenie mu wizji świata. Pojedyncza rozmowa przy kawie przestała mieć znaczenie wobec mikrotreści rozsyłanych w mediach społecznościowych – krótkich wideo, zwięzłych memów czy komentarzy, które docierały do odbiorcy w chwilach, gdy nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest wciągany w kampanię. Nie chodziło już o przekonywanie słowami, lecz o zarządzanie tym, co odbiorca widzi i w co wierzy. W tej nowej rzeczywistości ultrakrótkie formy przekazu wokół hasła „my” kontra „oni” miały znacznie większą siłę niż długie przemówienia czy analizy programowe.

Budowanie nowej narracji

Wszystkie te działania były częścią strategii, której celem było wykreowanie spójnego systemu przekonań. Narracja zaczynała się od tożsamości – podziału na „my” (naród, prowincja, rodzina) kontra „oni” (elity, UE, media, wielkie miasta). W sieci królowały proste hasła, które miały na celu wzbudzić poczucie wspólnoty wśród jednych i niechęć, a wręcz wrogość wobec drugich. W moralnym wymiarze stworzono przekonanie, że tylko jeden obóz ma prawo do definiowania, co jest dobre, normalne i prawdziwe. Każde wypowiedzi przeciwnika uznawano za antywartościowe, a opinie ekspertów szkalowano jako narzędzie elit.

Rozbicie wspólnej rzeczywistości

Najbardziej subtelna, a zarazem najgroźniejsza była warstwa epistemiczna. Wystarczyło zdyskredytować autorytety – naukowców, analityków czy dziennikarzy – by zacząć budować wrażenie, że nie ma jednej, obiektywnej prawdy. Zamiast wspólnej rzeczywistości powstawały osobne bańki informacyjne, w których każdy mógł wybierać fakty zgodne z własnym światopoglądem. Ekspertyzy i raporty uznawano za „manipulację”, a każdy, kto kwestionował nową narrację, był albo „elitarnym zdrajcą”, albo „agentem” czyichś interesów. W ten sposób w sieci powstało wirtualne pole bitwy, w którym prawda była tylko kolejnym elementem do zdobycia lub zneutralizowania.

Krytyka tradycyjnego mainstreamu

Podczas gdy strategia oparta na mikrotreściach i ciągłym podsycaniu emocji przynosiła efekty, polityczny mainstream wciąż analizował słupki, liczył sondaże i wierzył w racjonalnego wyborcę. Trwało przekonanie, że jeśli dobrze przedstawi się program, to ludzie podejmą decyzję w oparciu o argumenty i fakty. Tymczasem w realiach 2025 roku przegrała ta strona, która nie zdała sobie sprawy, że kampania to nie „komunikat”, lecz budowanie wirtualnego świata, w którym wyborca czuje się zaopiekowany, rozumiany i zagrożony. Zagrożony – bo to poczucie zagrożenia zachęca do kształtowania opinii nie na podstawie dokumentów programowych, ale nagrania wideo pokazującego „zagmatwaną rzeczywistość wielkich miast”.

Emocje zamiast debaty

W kampanii nie poszukiwano już porozumienia, lecz wroga. Mniej liczyła się spójność programu, a więcej – zdolność do wzbudzenia gniewu, lęku czy oburzenia. Mieszkańcy mniejszych miejscowości, zamiast dyskutować o podatkach czy edukacji, dostawali obrazy, które miały za zadanie wzbudzić poczucie wykluczenia: zdjęcia miejskich aktywistów pijących kawę w starbucksie jako symbol „oderwania”. Kto kwestionował narrację, przegrywał – nie dlatego, że nie przekonywał faktami, ale dlatego, że nie potrafił się posługiwać językiem mema i nagłówka, który z jednej sekundy robił viral. To jak dyskusja na peronie, gdzie emocje głośno krzyczą nad argumentami, a ziarno wątpliwości zasiewa się w ułamku sekundy.

Antysystemowe inspiracje

Nie był to jedynie przypadek, lecz przemyślana strategia inspirowana myślą Carla Schmitta i Leo Straussa: polityka jako nieustający stan wyjątkowy, upolitycznienie wszystkiego i brak miejsca na racjonalny dialog. Odwoływano się do teorii spiskowych, że tylko oni mają dostęp do „prawdziwych informacji”, a każdy ekspert jest elementem ukrytego mechanizmu kontroli. Tworzono wrażenie, że trzeba być czujnym przez 24 godziny na dobę, bo system chce nas oszukać. Polityka zamiast platformy do debaty stała się wojną definiowania „dobrego” i „złego” w absolutnych kategoriach.

Skutki dla demokracji

Efekt tych zabiegów był taki, że wyborcy nie głosowali jak kiedykolwiek wcześniej – nie dlatego, że nie mieli poglądów, lecz dlatego, że ich opinie zostały już wcześniej zaprogramowane. Polskie ciało polityczne przestało dzielić się na lewicę i prawicę – podzieliło się na tych, którzy wybierali „globalną, otwartą rzeczywistość”, i na tych, którzy chcieli wrócić do „korzeni, tradycji, zdrowego rozsądku”. Hasła te stały się tak oczywiste, jak niegdyś „wolność, równość, braterstwo”, tyle że nie w sensie ideowym, lecz w postaci algorytmów, które decydują, co zobaczysz w swoim newsfeedzie. A wszystko to z wysoką krótkoterminową skutecznością – bo nawet jeśli coś wydaje się groteskowe lub skrajne, w momencie, gdy zobaczysz to wideo w odpowiedniej chwili, zaczyna nabierać sensu.

Refleksja i pytania o przyszłość

Pozostaje pytanie, czy to nasza wina, że daliśmy się wciągnąć w tę maszynę, czy po prostu nie dostrzegliśmy, jak bardzo technologia przekształca reguły gry. Czy jeszcze możliwa jest powrót do czasów, gdy polityka była nie tylko spektaklem, lecz przestrzenią realnego dialogu i sporu wartości? Jeśli nie zdejmujemy dziś cyfrowej kurtyny propagandy, to czy w kolejnych wyborach nie zagłosujemy już w świecie stworzonym przez algorytmy, a nie przez własne przekonania? Coraz bardziej widać, że pytanie „na kogo głosujesz?” staje się nieaktualne – dziś decyduje to, w jakim wirtualnym świecie pozwolisz sobie istnieć.

Shares:

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *