Felieton

Lustro i otchłań: Wizerunek obcego u Lema i Lovecrafta

Wyobraź sobie, że po wielu nieudanych próbach, ludzkości wreszcie udało się porozumieć z obcą cywilizacją. Trwają negocjacje w sprawie przekazania technologii, antropolodzy zafascynowani są odmienną kulturą, a handel międzyplanetarny kwitnie. Następuje nowa era – era rozwoju i współpracy. Brzmi pięknie, prawda? No właśnie. Ale czy tak będzie wyglądać rzeczywistość? Czy kontakt z obcymi ma szansę zakończyć się sukcesem? Czy wszechświat będzie mówił po angielsku, a kosmici będą przypominać tych ze Star Treka – ludzi z czułkami na czole?

Lem: prawdziwa obcość

Taką właśnie wizję obcych – całkowicie odmiennych, niepoznawalnych, wręcz niepojmowalnych – możemy odnaleźć u dwóch tytanów fantastyki: Stanisława Lema oraz H. P. Lovecrafta. Ten pierwszy w swojej najsłynniejszej powieści pt. Solaris przedstawia obraz inteligentnego oceanu. Jest to opowieść o próbach wzajemnego nawiązania kontaktu. Opisuje ona historię badań planety Solaris, przedstawia różnorodne zjawiska wytwarzane przez ocean – jak ogromne, pionowe słupy, nazywane asymetriadami. Wiemy, że woda obejmująca planetę jest inteligentna, ale nie ma sposobu, jak się z nią porozumieć. Prawdziwa obcość polega na radykalnej odmienności, przez którą komunikacja jest niemożliwa. Co mogą oznaczać asymtriady? Jakie znaczenie mają one dla oceanu? Czy w ogóle jakieś mają? Ludzie stają się coraz bardziej zdesperowani, próbują nawet odtworzyć asymetriadę i cisnąć ją w głąb oceanu. Ale czy to ma sens? Jak porozumieć się z kimś, kto nie posiada organu mowy? W takiej sytuacji nawet chęć kontaktu wydaje się naiwna.

Ocean również próbuje się porozumieć. Tworzy fantomy ze wspomnień badaczy, materializuje ich traumy oraz pragnienia. Nie prowadzi to jednak to żadnego postępu w komunikacji. Na tym polega tragizm Solaris – dwa inteligentne gatunki, które chociaż chcą, to wręcz nie mają prawa się ze sobą porozumieć. Nie ma wspólnej bazy symbolicznej, więc skąd ocean ma wiedzieć, jaką wartość dla głównego bohatera ma przywołany fantom jego dawnej, zmarłej miłości?

Stanisław Lem sprzeciwia się rozpowszechnionemu w popkulturze postrzeganiu obcych jako bliskich ludziom. Kosmici są dla nas jak lustro – pisze autor Solaris – mają być kopią ludzi, tak samo, jak inne planety mają być kopią Ziemi. W pustce kosmosu mamy czuć się dobrze, mamy podbijać i zdobywać, tak samo, jak opanowaliśmy każdy skrawek naszej planety. To właśnie dlatego kosmici posiadają dwie nogi, dwie ręce, wystającą głowę – mają być jak to, co znamy, bo mają być przez nas zrozumieni, zbadani, skatalogowani. To nie jest jednak prawdziwa obcość.

Lovecraft: Groza niepoznawalnego

W tekstach Lovecrafta główna postać musi pogodzić się z myślą, że ludzki świat może być w każdej chwili zniszczony przez kataklizm, sprowadzony przez Starożytnych. Są oni ucieleśnieniem chaosu, niszczycielskiej siły przypadku, która uderza w nic niespodziewającą się jednostkę. Nie chcą zostawić ludzi w spokoju i ciągle wchodzą do naszego świata. To właśnie apokalipsa – nie tylko świata fizycznego, ale również zasad nim rządzących – jest głównym tematem jego prozy.

Lovecraft, w odróżnieniu od Lema, do problemu kontaktu z nieznanym podchodzi nieco inaczej. Komunikacja może być nawiązana, ale w złowieszczych celach – tak jak w „Zewie Cthulhu”, gdzie grupa kultystów próbuje obudzić śpiącego w przestworzach oceanu potwora. Natomiast „W Górach Szaleństwa” Lovecraft opowiada historię wyprawy grupy badawczej na Antarktydę, która w podziemiach lodowej jaskini odnalazła zamrożonych reprezentantów starożytnej cywilizacji. Stare Istoty – tak nazywa ich Lovecraft – okazują się żywe, zabijają część członków wyprawy. Pozostali posuwają się dalej, odnajdując zamknięte w lodzie ruiny starożytnej cywilizacji.

„Góry Szaleństwa” to jedno z najbardziej lemowskich opowiadań Lovecrafta. Obcy są radykalnie różni od ludzi – Stare Istoty mają postać pięcioramiennych, roślinno-zwierzęcych organizmów, których anatomia i sposób funkcjonowania całkowicie wykraczają poza ziemskie normy. W miarę eksploracji podziemi starożytnego miasta badacze natrafiają jednak na drugi obcy gatunek – shoggothy, bezkształtną protoplazmę zdolną do podszycia się pod każdy organ i każdy proces. To właśnie one zniszczyły starożytną, niegdyś dobrze prosperującą cywilizację. I tu właśnie następuje najważniejsza część „Gór Szaleństwa” – starożytne istoty zamknięte w lodzie byli ciekawskimi naukowcami, którzy w ciągu tysiącleci wytworzyli wielobarwną, wysoką kulturę. Jak pisze Lovecraft, zabili oni połowę ludzkiej wyprawy, ale nie dlatego, że posiadali nikczemne motywy. Obudzili się po dziesiątkach tysięcy lat bycia zamkniętym w lodzie – byli zapewne przerażeni, nie wiedzieli, co się dzieje. Kroczyli w stronę własnego, zniszczonego miasta, zapewne nie wiedzieli nawet, co sprowadziło na niego apokalipsę. Emocje, ciekawość, strach, a nawet sztuka, to właśnie, jak mówi Lovecraft, sprawia, że stare istoty wcale nie są obce, ale nadzwyczaj wręcz ludzcy.

To jest miejsce spotkania Lema z Lovecraftem – porozumienie z obcymi istotami wymaga pewnej wspólnej bazy, emocji, percepcji. Dla autora „W Górach Szaleństwa” to nie Stare Istoty były obce, gdyż kierowały nimi podobne do ludzkich emocje. Nie mieli oni złych zamiarów, byli naukowcami, nie sprowadziliby na Ziemię zagłady. Na tym również wspiera się ich ludzkość. W przeciwieństwie do nich prawdziwie niepojmowanymi istotami, których nie da się w żaden sposób zrozumieć, stają się shoggothy, bezkształtna cytoplazma, nieposiadająca własnego języka, mogąca wyłącznie imitować. To właśnie one, gdyby tylko wydostały się z Antarktydy, zniszczyłyby całą planetę.

Dwie wizje obcości

Dla Lema obcy nie stanowią zagrożenia w sensie klasycznym. Jeżeli są niebezpieczni, to raczej nieumyślnie. Taki motyw możemy odnaleźć w innym dziele Lema – „Niezwyciężonym”, gdzie kosmitom brakuje inteligencji, a wraz z nią sprawczości. Ich działania porównywane są do sztormu zatapiającego statek.  Czy w takiej sytuacji można mówić o tradycyjnych kategoriach winy i kary? Według Lema nie. Natomiast u autora „Gór Szaleństwa” obcy są jednoznacznym zagrożeniem, są w stanie za pomocą pstryknięcia palcem zniszczyć całą ludzkość. U Lovecrafta obcy są równoznaczni z intruzami; Starożytni wchodzą nasz świat z zewnątrz, ciągle w niego ingerują, nawet jeżeli ludzie niekoniecznie tego chcą. U Lema jest odwrotnie – to człowiek jest przybyszem i to on musi pogodzić się z myślą, że wszechświat nie został stworzony dla niego.

Zarówno Stanisław Lem, jak i H. P. Lovecraft odrzucają wizerunek obcego jako człowieka w przebraniu. Dla obydwu autorów prawdziwa obcość jest radykalna, uniemożliwiająca porozumienie na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Prawdziwa obcość nie polega na przyczepianiu ludziom czułków. Jej doświadczenie powoduje strach, niszczy sens świata – i pozostawia nas całkowicie samych, abyśmy nadali mu nowy sens.

Shares:

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *