„Late stage capitalism” to pojęcie, które coraz częściej pojawia się w Internecie, mediach i codziennych rozmowach. Najczęściej używa się go wtedy, gdy ludzie widzą absurdalne skutki współczesnego kapitalizmu i mają poczucie, że system wymknął się spod kontroli. Nie chodzi już tylko o zwykłą pogoń za pieniędzmi. Chodzi o moment, w którym wszystko zaczyna być podporządkowane zyskowi, nawet kosztem zdrowia psychicznego, relacji czy podstawowych potrzeb człowieka.

Świat, w którym wszystko staje się produktem

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów late stage capitalism jest przekonanie, że dziś sprzedać można absolutnie wszystko. Nie tylko ubrania czy jedzenie, ale też uwagę, emocje, samotność i własną osobowość. Media społecznościowe zmieniły ludzi w marki. Codzienne życie coraz częściej wygląda jak nieustanna reklama samego siebie. Ludzie publikują swoje poranki, związki, treningi i problemy psychiczne, bo Internet nagradza widoczność. Im więcej pokazujesz, tym większa szansa na zasięgi, pieniądze albo społeczne uznanie. W efekcie granica między prawdziwym życiem a performance zaczyna się zacierać.

Praca, która nigdy się nie kończy

Współczesny kapitalizm stworzył kulturę ciągłej produktywności. Odpoczynek często traktowany jest jak lenistwo, a sukces jako obowiązek. Ludzie mają być ambitni, efektywni i stale rozwijać siebie. Nawet hobby zaczyna być oceniane pod kątem tego, czy można na nim zarobić. Wiele osób czuje dziś presję, by cały czas coś osiągać. Jeśli nie pracujesz, powinieneś się uczyć. Jeśli się nie uczysz, powinieneś budować markę osobistą. Nawet relaks bywa przedstawiany jako sposób na późniejsze zwiększenie wydajności. To prowadzi do wypalenia, zmęczenia i poczucia, że człowiek nigdy nie robi wystarczająco dużo.

Bogactwo rośnie, ale nie dla wszystkich

Late stage capitalism często odnosi się też do ogromnych nierówności ekonomicznych. Wiele osób ma wrażenie, że świat produkuje coraz więcej pieniędzy, ale zwykłym ludziom żyje się coraz trudniej. Ceny mieszkań rosną szybciej niż pensje. Młodzi ludzie pracują więcej niż wcześniejsze pokolenia, a mimo to często nie stać ich na własne mieszkanie czy stabilną przyszłość. Jednocześnie Internet codziennie pokazuje luksusowe życie influencerów, celebrytów i milionerów. Powstaje dziwny kontrast między rzeczywistością przeciętnego człowieka a światem prezentowanym online.

Konsumpcja jako sposób na szczęście

Współczesna kultura bardzo mocno opiera się na kupowaniu. Reklamy przekonują ludzi, że potrzebują coraz więcej rzeczy, żeby być szczęśliwymi, atrakcyjnymi albo wartościowymi. Problem polega na tym, że satysfakcja z zakupów trwa bardzo krótko. W efekcie wiele osób wpada w niekończący się cykl kupowania nowych produktów, które mają poprawić nastrój lub stworzyć lepszą wersję samego siebie. Firmy zarabiają na ludzkich kompleksach, samotności i poczuciu braku.

Dlaczego to pojęcie stało się tak popularne

Popularność terminu late stage capitalism wynika głównie z frustracji. Ludzie widzą, że technologia rozwija się szybciej niż jakość życia. Internet miał dać więcej wolności, a często powoduje uzależnienie i przebodźcowanie. Praca miała być łatwiejsza dzięki nowym narzędziom, ale wiele osób czuje jeszcze większe zmęczenie. To pojęcie stało się sposobem opisywania świata, który wydaje się jednocześnie nowoczesny i absurdalny. Świata, w którym aplikacja potrafi dostarczyć jedzenie w piętnaście minut, ale coraz więcej ludzi nie stać na spokojne życie bez stresu o pieniądze.

Czy kapitalizm naprawdę się kończy

Mimo nazwy late stage capitalism nie oznacza dosłownie końca kapitalizmu. To bardziej określenie poczucia, że obecny system osiągnął skrajną formę. Dla jednych jest to przesadzona internetowa teoria, a dla innych trafny opis współczesności. Niezależnie od opinii jedno jest pewne. Coraz więcej ludzi zadaje sobie pytanie, czy świat oparty na nieustannej konsumpcji, produktywności i pogoni za zyskiem rzeczywiście prowadzi do lepszego życia.

Shares: