Felieton

Googlepolityka

Nawet nie wiecie, jak bardzo świat zmienił się po 2004 roku, gdy Google powiedziało „tak” personalizacji wyników wyszukiwania. To dzień, w którym polityka przestała być „publiczna”, a została spersonalizowana dzięki zindywidualizowanym komunikatom, jakie docierają do nas każdego dnia.

Historię Cambridge Analytics zna chyba każdy politolog. Nie każdy jednak wie, że wydarzenie to stanowiło punkt zwrotny w sposobie prowadzenia polityki, która od teraz nie miała bazować na wyższych emocjach, dążeniu do dobra wspólnego i ogólnego zadowolenia społeczeństwa, a na wyrafinowanej, machiawelicznej grze, opartej o profilowanie behawioralne wyborców. Profilowanie było oparte na pięciowymiarowym wykresie, tworzącym mapę naszej osobowości: otwartość na nowe doświadczenia, ekstrawersję, ugodowość, sumienność i neurotyczność. Owe pięć obszarów dało nowe pole do eksploracji przez polityków, którzy – bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – nie chcieli bazować na sondażach, a chcieli na nie wpływać.

Pomyślicie, że budowanie profili behawioralnych to nic strasznego. W marketingu robi się to przecież codziennie! Tak – i nie. Robi się profilowanie, aby dotrzeć do określonych grup odbiorców przesłania (wyborców). Inaczej się sprawa przedstawia, gdy chcemy do tego celu wykorzystać bańki informacyjne, o których pisał jeden z aktywistów amerykańskich i pisarzy – Eli Pariser. Owe bańki otaczają każdego z nas – niezależnie od tego jaką stację oglądamy, jakie gazety czy serwisy internetowe czytamy. Słowem – my sami, często nieświadomie wchodzimy do takich baniek. Choć wydają się one być podobne do tych mydlanych, to dla widza, który jest w ich wnętrzu – są całkowicie odizolowane od świata zewnętrznego.

W czym tkwi jednak problem? Wystarczy do takiej bańki wpuścić dowolną informację – choćby taką, jaką wpuściło Prawo i Sprawiedliwość w sprawie uchodźców, by w 2015 roku można było rozpalić w emocje sporej grupy Polaków i ostatecznie zmienić nawet wynik wyborczy. Pod koniec tej operacji być może nawet połowa Polaków była przekonana, że w Polsce jest 7% muzułmanów (to ponad 2,6 mln osób), podczas gdy faktycznie jest ich od 15 do 20 tys. osób (to 0,06%). Podsycano wówczas lęki, że uchodźcy rozprzestrzeniają choroby i stanowią istotne zagrożenie dla Polaków. Efekt? Według raportu Centrum Badań nad Uprzedzeniami z 2015 roku negatywne nastawienie do muzułmanów wykazywało aż 73,5% badanych Polaków.

Gdy opozycja informowała, że dane o uchodźcach-terrorystach są wyssane z palca, w zamkniętych w bańkach wyborców PiS doszło do reaktancji – każde zetknięcie się zwolenników tej partii z odmiennym punktem widzenia odbierane było jako zagrożenie dla ich osobistej wolności. Pisał o tym zresztą Christopher Wylie, w książce „Mindf*ck. Cambridge Analytica And The Plot To Break America”, gdzie zauważył, że zaszczepienie silnej tożsamości w umysłach odbiorcy prowadzi do tego, iż zaczynają oni traktować każdą próbę dyskusji na temat idei jako atak na element swojej tożsamości. A temat muzułmanów był już elementem dyskusji o idei, a nie faktach.

Personalizacja zaoferowana przez Google stała się fundamentem do budowania baniek informacyjnych wokół nas. Ale same w sobie nie są one złe. Zło zaczyna się wówczas, gdy ktoś wprowadza do tych baniek nieprawdziwe informacje, zaburzając w ten sposób nasz osąd nad rzeczywistością i wypaczając nasze wyobrażenie o otaczającym nas świecie. Staliśmy się ofiarą googlepolityki. Polityki, która przestała być oparta na faktach, a stała się miejscem, gdzie gnieździ się kłamstwo, manipulacja, wyssane z palca abstrakcyjne informacje i silna polaryzacja między obywatelami jednego kraju, członkami jednego narodu. Wszystko w myśl zasady – dziel i rządź!

Shares:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *