Wizyta prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Waszyngtonie i spotkanie z Donaldem Trumpem, w którym udział wzięli także wybrani liderzy europejscy, wywołała w Polsce falę komentarzy. Wśród zaproszonych znalazł się nawet prezydent niewielkiej, pięciomilionowej Finlandii. Warszawy jednak zabrakło. Czy był to poważny błąd polskiej dyplomacji, czy raczej świadoma decyzja.
Dlaczego Finlandia była w Waszyngtonie?
Obecność Helsinek nie była przypadkiem. Prezydent Finlandii to polityk doświadczony, znakomicie wykształcony, mówiący kilkoma językami i dobrze znany na arenie międzynarodowej. Co najważniejsze – ma świetne osobiste relacje z Donaldem Trumpem. To właśnie tego potrzebowali europejscy partnerzy: kogoś, kto potrafi rozmawiać z nowym prezydentem USA mimo różnic politycznych. W polskiej debacie publicznej natychmiast pojawiły się pytania: skoro na szczycie mogła być Finlandia, dlaczego nie Polska – kraj frontowy, bezpośrednio zagrożony rosyjską agresją?
Kto odpowiada za brak Polski przy stole?
Zgodnie z konstytucją politykę zagraniczną prowadzi rząd, a prezydent reprezentuje państwo na arenie międzynarodowej. W sprawie wojny w Ukrainie oba ośrodki władzy w Polsce są zgodne, co mogłoby sugerować, że wspólny udział w konsultacjach byłby naturalny. Jednak tak się nie stało. Powody wydają się co najmniej dwa:
- Relacje Tuska z Trumpem. Premier Donald Tusk i prezydent USA nie darzą się sympatią. Polityczne różnice i wcześniejsze komentarze Tuska pod adresem Trumpa mogły sprawić, że jego obecność byłaby niepożądana.
- Nowy prezydent Polski. Karol Nawrocki dopiero objął urząd, a jego pierwsza duża wizyta zagraniczna w Waszyngtonie planowana jest na początek września – tym razem w formule bilateralnej, tylko z prezydentem USA. To może być powód, dla którego nie zdecydowano się na udział w wielostronnym spotkaniu.
Czy Polska powinna była tam być?
To pytanie dzieli komentatorów. Z jednej strony rozmowy o przyszłości Europy Środkowo-Wschodniej i bezpieczeństwie regionu trudno wyobrazić sobie bez udziału Warszawy. Polska jest państwem kluczowym: przeznacza prawie 5% PKB na obronność, dysponuje największą armią lądową w Europie i znajduje się na pierwszej linii potencjalnego konfliktu.
Z drugiej strony spotkanie w Waszyngtonie nie było konferencją pokojową ani miejscem, gdzie rozstrzygano przyszły kształt Europy. To raczej pierwszy krok, wstęp do rozmów o ewentualnym zawieszeniu broni czy misji pokojowej. Polska nie mogła jednak zadeklarować tego, czego oczekiwali niektórzy sojusznicy – wysłania wojsk na Ukrainę. Brak zgody społecznej, ryzyko eskalacji na granicy z Białorusią i Rosją, a także napięcia w relacjach polsko-ukraińskich czynią taki scenariusz politycznie nierealnym.
Błąd czy rozsądek?
Nieobecność Polski w Waszyngtonie była z pewnością zauważalna i może osłabiać naszą pozycję w rozmowach o przyszłości regionu. Z drugiej strony udział w spotkaniu mógłby oznaczać konieczność składania obietnic, których Polska nie byłaby w stanie spełnić.
Można więc uznać, że Warszawa wybrała strategię ostrożnego wyczekiwania. Kluczowym testem będzie dopiero wrześniowa wizyta prezydenta Nawrockiego w USA – spotkanie w formule bilateralnej, które może dać Polsce szansę na wzmocnienie relacji z nową administracją w Waszyngtonie i zaprezentowanie własnej wizji bezpieczeństwa regionu.
