Decyzja rządu o przywróceniu kontroli na granicy polsko-niemieckiej – formalnie „tymczasowa”, lecz w praktyce spektakularna – została ogłoszona 7 lipca i ma obowiązywać co najmniej do 5 sierpnia 2025. Zamiast realnie poprawić bezpieczeństwo, staje się politycznym widowiskiem: szlabanem postawionym nie tyle przed nielegalnymi migrantami, ile przed zdrowym rozsądkiem.

„Stara, dobra” polityka strachu

Prawo i Sprawiedliwość oraz Konfederacja od dekady żywią się narracją o migracyjnym zagrożeniu. Każda kolumna wojsk inżynieryjnych, każdy wojskowy namiot rozstawiony przy granicy, natychmiast przekłada się na rosnące słupki poparcia wśród wyborców, którym obie partie obiecują iluzoryczną „twierdzę Polska”. Tymczasowa kontrola graniczna to zatem nie policyjne narzędzie, lecz darmowy spot wyborczy. Pozwala PiS-owi odbudować kapitał polityczny przed przyszłymi wyborami parlamentarnymi i wygodnie ustawić PO w roli formacji „zbyt miękkiej” wobec migracji.

Bąkiewicz – generator adrenaliny

Na tej scenie Robert Bąkiewicz i jego Ruch Obrony Granic występują w charakterze prywatnych „komandosów” nowej prawicy. Przemarsze z biało-czerwonymi opaskami, groźne deklaracje i patrole z pontonami działają jak clickbajt – media społecznościowe buzują od filmików nadających „alarmowy” ton całej sytuacji. Jak trafnie zauważyli dziennikarze „Newsweeka” i „Polityki”, ruch Bąkiewicza ma potencjał stać się nieformalnym, ale bardzo pożytecznym zapleczem bojówek prawicy, gotowym do użycia w dowolnym miejscu i czasie. Im więcej kamer, tym większy efekt – a w konsekwencji jeszcze silniejsze poczucie kryzysu wśród wyborców.

Tusk strzelił sobie w kolano

Zamiast rozbroić tę bombę emocji, premier Donald Tusk wybrał ruch defensywny: sam podniósł szlaban. Gest miał uspokoić nastroje, lecz w politycznej komunikacji logika jest bezlitosna – skoro nawet liberalny premier uznał dodatkowe kontrole za konieczne, to znaczy, że „coś się dzieje”. W efekcie to PiS i Konfederacja, autorzy pierwotnej narracji o „fali migrantów z Zachodu”, mogą teraz powiedzieć: „A nie mówiliśmy?”. Decyzja rządu spina więc klamrą opowieść radykałów i przysparza im darmowych argumentów.

Gra w strach to gra na korzyść prawicy

Tymczasowa kontrola przy granicy jest więc błędem nie dlatego, że chwilowo spowolni ruch turystyczny, lecz dlatego, że wpuszcza na polityczną scenę dobrze znanego potwora – lęk przed obcym. To paliwo napędzające PiS od 2015 r. i coraz częściej też Konfederację. Im dłużej szlaban stoi, tym więcej oktanów strachu trafia do ich baku. A gdy kampania wyborcza nabierze rozpędu, nikt już nie będzie pamiętał, że granica była głównie scenografią. Pamiętać będą tylko emocje – a te głosują najpewniej.

Shares: