Ameryka Płn.Komentarz

Polityka ukrywania – czyli dlaczego przywódcy wolą nie kaszleć publicznie

W świecie polityki istnieje tylko jedno gorsze słowo od „przegrana”. To „choroba”. Polityk może skłamać, może zdradzić, może nawet zapomnieć o obietnicach – byle nie przyznał się do osłabienia organizmu. Bo w oczach opinii publicznej polityk chory to polityk niezdolny. A niezdolnego władzy się nie powierza – nawet jeśli myślenie ma trzeźwiejsze niż cała zdrowa opozycja.

Przez ostatnie miesiące toczy się dyskusja o stanie zdrowia Donalda Trumpa. Zdjęcia opuchniętych nóg i siniak na dłoni przykryty makijażem wzbudziły pytania – nie tyle o to, co mu jest, ale dlaczego nikt nie mówi, że cokolwiek mu jest. Diagnoza przyszła dopiero wtedy, gdy dalsze milczenie stało się groteską: przewlekła niewydolność żylna. Choroba może i nieśmiertelna, ale na pewno też nie neutralna. W końcu mówimy o prezydencie supermocarstwa.

Ale Stany Zjednoczone nie są wyjątkiem. Każdy kraj ma swoje „tajemnice ciała” – ukrywane przed wyborcami, otaczane kordonem milczenia i PR-owej mgły.

Weźmy Władimira Putina. O jego stanie zdrowia plotkuje się od lat: czy to rak, czy choroba Parkinsona, czy tylko zły dzień. Oficjalna linia jest niezmienna: jest w doskonałej kondycji, jeździ konno, nurkuje, poluje, steruje bombowcem i recytuje Puszkina z pamięci. Czyli wszystko, czego oczekuje rosyjska mitologia władzy – nawet jeśli ręka czasem zadrży.

A co z Polską?

Tu również wiele się ukrywa, chociaż u nas wszystko dzieje się ciszej, skromniej – jakby w cieniu zachodnich wzorców. Gdy w 2015 roku Bronisław Komorowski skręcił nogę, kancelaria milczała przez kilka dni, tłumacząc się potem „potrzebą spokoju”. Kiedy w 2022 roku Jarosław Kaczyński zniknął z mediów na kilka tygodni, krążyły plotki o operacji kolana, bólu biodra, a nawet poważniejszym problemie zdrowotnym. Oficjalne komunikaty były lakoniczne i zawierały tyle konkretu, co prognoza pogody dla Marsa.

Przypadek Lecha Kaczyńskiego pokazuje, że nawet w obliczu zagrożeń – jak poważna choroba serca – można prowadzić kampanię z pełną determinacją. I że nieprzyznanie się do słabości może być elementem politycznej kalkulacji. Tyle że kalkulacja ta często odbywa się kosztem przejrzystości życia publicznego.

Co jakiś czas w przestrzeni publicznej powraca też postulat, by politycy – zwłaszcza parlamentarzyści – byli zobowiązani do okresowych badań psychiatrycznych. Brzmi kontrowersyjnie, ale nie bez przyczyny. Gdy obserwujemy niektóre wystąpienia sejmowe, wypowiedzi pełne agresji, paranoicznych projekcji, oderwania od rzeczywistości czy emocjonalnej niestabilności, trudno nie zadać pytania: czy wszyscy ci ludzie rzeczywiście są zdolni do sprawowania władzy nad milionami? Takie głosy bywają szybko uciszane pod zarzutem „polowania na czarownice” czy „stygmatyzowania chorób psychicznych”, ale sedno problemu nie leży w piętnowaniu, lecz w odpowiedzialności. Jeśli kierowca autobusu musi mieć zaświadczenie o braku przeciwwskazań psychicznych, to dlaczego ktoś, kto kieruje państwem, nie miałby spełniać podobnych standardów?

Dlaczego tak się dzieje?

Bo polityka oparta jest na symbolach. A symbol ma być silny. Ma wzbudzać zaufanie. Ma :wyglądać na zdrowego”. Choroba burzy ten obraz – sprawia, że nawet najsprawniejszy umysł wydaje się niepewny. A przecież nie trzeba mieć migotania przedsionków, by stracić kontakt z rzeczywistością – wystarczy nie mieć kontaktu z wyborcami. Ale właśnie to zdrowie staje się często jedyną przesłanką oceny kompetencji.

A może prawda jest jeszcze prostsza?

Politycy ukrywają choroby nie z troski o państwo, ale z lęku przed władzą, która wymyka się z rąk. Zdrowy polityk może być kiepskim przywódcą, ale chory polityk zawsze będzie uznany za ryzykownego. A dziś, w epoce 24-godzinnych newsów, jedno zdjęcie z podpuchniętą ręką może uruchomić lawinę – nie refleksji, lecz kalkulacji: kto go zastąpi, kto wykorzysta okazję, kto zarzuci „oszustwo wobec narodu”.

W tym sensie choroba polityka staje się nie tylko diagnozą medyczną, ale też moralną. Czy mamy prawo wiedzieć, że ktoś, komu powierzamy kraj, nie może spać z powodu bólu? Że łyka garść leków, zanim stanie przed kamerami? Owszem – mamy. Bo władza publiczna nie jest prywatnym gabinetem lekarskim.

Nie chodzi o to, by wszyscy przywódcy paradowali z kartą pacjenta w ręku. Chodzi o uczciwość. O to, by nie udawać, że ludzie, którzy nas reprezentują, nie podlegają prawom biologii. I że w razie choroby nie znikają, tylko oddają część odpowiedzialności – bo państwo to nie teatr jednego aktora.

Dopóki politycy będą udawać niezniszczalnych, dopóty my – obywatele – będziemy żyć w fikcji, w której lider nie może się przeziębić, bo wtedy przeziębia się cały naród. A przecież bardziej niż zdrowych bohaterów, potrzebujemy dojrzałych ludzi – gotowych powiedzieć: „Tak, jestem chory. I dlatego oddaję część władzy – zanim zrobi to za mnie przypadek.”

Shares:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *